Z wizytą w Tonj

Kolejny tydzień misyjnego wyjazdu minął nam bardzo pracowicie i ciekawie. Miałyśmy tę przyjemność wybrania się na wycieczkę do miejscowości Tonj. Znajduje się ona niedaleko Wau (około 1,5 h). Jednak dojazd tam nigdy nikomu nie zajmuje tyle czasu. Sezon deszczowy gwarantuje głęboką zieleń wokół drogi, ale również z tego samego powodu podróż trwała 3 godziny.

Bardzo dziurawa i zalana wodą droga nie była łatwa do pokonania. Niekiedy przerywaliśmy rozmowę na wstrzymanie oddechu i szybkiej modlitwie, aby dziura, która pojawiała się przed nami na drodze nie okazała się tą, w której utkniemy, albo w której samochód się przewróci. Siostry przed wyjazdem (tak, żeby było atrakcyjniej) naopowiadały nam różnych historii związanych z tą trasą. Na szczęście nasz kierowca wydawał się być zaprawiony w bojach. Po drodze mijaliśmy miejscową ludność, kobiety noszące przeróżne rzeczy na głowie, czy dzieci opiekujące się stadem. Z dala od miasta jest wiele zieleni, piękne tropikalne drzewa, kolorowe ptaki i wiele gospodarskich zwierząt (szczególnie krów). Miejscowości są od siebie bardzo oddalone, a każda kończy się długim sznurem wyznaczającym granicę. Przejeżdżając trzeba ukłonić się strażnikowi, który opuszcza sznur i pozwala przejechać.


Tonj jest miejscowością, w której większość poznanych przez nas misjonarzy i misjonarek zaczynało swoją przygodę z misjami. Salezjańska placówka zaczęła powstawać w 2000 roku, a zaczynała się od edukacji pod drzewami na pozbijanych z bambusa ławkach. W ciągu tych 21 lat wybudowano tutaj szkołę podstawową, średnią, przedszkole i centrum edukacji dla starszych dziewcząt. Teraz opiekują się tym Siostry Salezjanki. Wszystko wygląda imponująco. Nowoczesna secondary school zawiera wyremontowaną salę komputerową (komputery już są w drodze) i laboratorium. Szkoła podstawowa również robi wrażenie. Ma ładne wyłożone kafelkami podłogi i śliczne ławki. Do tego ogrodzonego terenu prowadzi przecudna, długa aleja z drzew mango (zasianych przez włoskich misjonarzy 60 lat temu). Miejsce sprawia wrażenie spokojnego i poukładanego. Taka spokojna wieś. Jednak i tutaj pojawiają się trudności. Jako, że wokół jest wiele zieleni, zmorą są węże i skorpiony, które wszyscy nauczyli się zabijać. Ale jeszcze większą trudnością jest sąsiedztwo ludności Dinka, które jest tutaj królującym plemieniem. Trzeba więc uważać na ich “święte” krowy, a z samą ludnością obchodzić się trochę jak z “porcelanową filiżanką”. Ich mentalność i sposób życia jest dla nas bardzo niezrozumiały. Miejscowi misjonarze są przyzwyczajeni, umieją z nimi rozmawiać, ale i tak nigdy nie wiedzą, co się może wydarzyć. Mają z ich powodu wiele nieprzyjemnych, często niebezpiecznych sytuacji.


Udało nam się zwiedzić okolicę, zajrzeć do rozgłośni radiowej, odwiedzić Salezjanów mających tutaj wielki ogród i gospodarstwo. W Tonj propaguje się agrokulturę. W ogrodach znajduje pracę wielu miejscowych ludzi, którzy w zamian za pomoc mogą korzystać z darów, jakie daje natura. Wielką atrakcją było dla nas zrywanie grejfrutów, guaw, limonek i pomarańczy prosto z drzewek. Zawiedzione byłyśmy tylko faktem, że nie udało nam się zobaczyć małpek, które podobno codziennie siedzą sobie na drzewach mango. Na nasz nasz przyjazd zdecydowały się pochować. Jednak cały czas z nadzieją je wypatrywałyśmy. Na chwilę o tym zapomniałam, kiedy siostra pozwoliła mi poprowadzić samochód, toyotę- terenówkę, omijałam wielkie dziury i krowy- to była dla mnie chyba największa atrakcja. Po drogach takiej jakości jeszcze nie miałam okazji jeździć.


W każdym miejscu witano nas niezwykle miło, a we wszystkich szkołach uczniowie tańczyli dla nas i śpiewali. Czułyśmy się trochę jak celebrytki. Chciałyśmy po prostu coś z nimi zrobić bez wielkiego “szumu”. To dość mała miejscowość, więc niezbyt często przybywają tutaj goście. Pewnie dlatego naszą wizytą wzbudzałyśmy tyle pozytywnych emocji. Pierwszego dnia przeprowadziłyśmy gry i zabawy w secondary school. Drugiego dnia poszłyśmy do szkoły podstawowej, gdzie wspólnie potańczyliśmy i korzystając z Gosi pielęgniarskich zdolności zrobiłyśmy zajęcia z bandażowania i oczyszczania ran. Moim zadaniem w prowadzeniu zajęć było obcinanie gazików do opatrywania ran. Stwierdziłam, że podziwiam Gosię, że może tak, bez żadnych emocji czyścić rany ( i to nie takie malutkie). Tylko przyglądałam się jak zanurza się w głęboką ranę u chłopca i to wystarczyło, abym czuła jego ból na sobie. Zdecydowanie nie mogłabym być pielęgniarką. W każdym razie dzieciom te zajęcia bardzo się podobały, wielu z uczniów posiada te potrzebne do pracy w szpitalu umiejętności. Szczególnie dziewczęta. Tego samego dnia potańczyłyśmy też trochę z przedszkolakami i dziewczynami z Centrum Promocji Kobiet. Wszystko wyszło nam super. Po naszych “bojach” w szkole w Wau zapomniałyśmy jak to jest prowadzić zajęcia, czy robić coś z dziećmi bez “zdzierania” gardła i ciągłego upominania się o chwilę ciszy. W szkołach w Tonj jest dwa razy mniej uczniów. Ich liczba wciąż jest wysoka, ale szkoły w Wau są rekordzistami w tej dziedzinie. Pewnie dlatego tak mocno odczułyśmy różnicę.

Te trzy dni były dla nas bardzo ekscytujące i miłe, trochę jak wakacje- z innym jedzeniem i innymi ludźmi. Chciałybyśmy tu jeszcze wrócić. Dziewczyny już nie będą miały okazji ( kto wie, może w przyszłości), no a ja jeszcze prawdopodobnie będę mogła tu przyjechać. Droga powrotna była odliczaniem godzin. Wracałyśmy nowym samochodem. Z jednej strony super, bo byłyśmy pewne, że nie zepsuje się podczas drogi, a z drugiej strony amortyzatory samochodu również były nowe i bardzo czułe, więc na każdej dziurze samochód sprawiał wrażenie jakby podskakiwał i tak nami trzęsło, że ciężko było oddychać lub cokolwiek powiedzieć. Cieszyłyśmy się tą wyprawą i dobrze wspominamy tę przygodę, ale po trzech godzinach czułyśmy się trochę jak “wstrząśnięte koktajle”, a raczej porządnie wytrzepane koktajle. Ale było warto. Wyjazd do Tonj dodał nam wiele nowej energii, a miejsce uświadomiło nam, że w Sudanie Południowym, nawet w małej szkole w buszu, nie musi być wszystko najgorsze i najbrzydsze. Mamy wielką nadzieję, że szkoły w Wau już niedługo, również z pomocą naszego SWM-u też będą takie zadbane i nowoczesne.

Hela