Z Monrovii do Tappity

Po pobycie kilka dni w Monrovii udaliśmy się do Tappity.

Cała podróż była dość skomplikowana gdyż nie było żadnego wolnego samochodu którego moglibyśmy pożyczyć pojechać do miejscowości oddalonej o Ok 250/300 km, w której ksiądz zostawił swój samochód. Więc podwieźli nas na obrzeża Monrovii i tam szukaliśmy dalszego transportu. Udało się znaleźć samochód, było to klasyczne kombi a my z czterema walizkami, 2 wielkimi głośnikami, keyboardem i wieloma innymi rzeczami musieliśmy się zmieść, udało się. Za młodu lekcje w Tetris’a się opłaciły. Dotarliśmy na miejsce gdzie był samochód księdza, zrobiliśmy jeszcze dodatkowe zakupy i wyruszyliśmy w dalszą drogę bez drogi bo takowej nie było, szutrowo-błotnista trasa. Pierwsze problemy zaczęły się z osłoną nadwozia, w najbliżej wiosce szybka profesjonalna naprawa w postaci sznurka okazał się być skuteczna ale tylko na chwile. Osłona był pryszczem w porównaniu z tym co naprawdę nas zatrzymało. Utknęliśmy w błocie i przez 3,5 godziny próbowaliśmy się wydostać, lokalni ludzie się zeszli i po kilkunastu próbach się udało niestety nie pojechaliśmy za długo gdyż sprzęgło troszeczkę spaliliśmy i czekalismy aż z Tappity przyjadą po nas na motorach. Po godzinnej drzemce w środku nocy w środku dżungli zjawili się nasi wybawiciele na jednośladowcach. Na jednym motorze pakujemy mrożone rzeczy, a trochę ich było, a na pozostałych dwóch motorach zapakowaliśmy się łącznie w 6 osób, 1 kierowca i dwójka pasażerów. Zostawiliśmy bagaże razem z naszym kierowcą samochodów który czekał na mechanika. Jechaliśmy przez środek dżungli o 3 w nocy gdzie niebo było niesamowite, pełno gwiazd, księżyc przyświtujący oraz z dwóch stron drzewa. Dotarliśmy do Tappity po ponad 19 godzinach drogi, zwykle jest ona o polowe krótsza.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest ogromny kontrast jeżeli chodzi o sposób życia, brak hałasu, brak smrodu spalin, tak jakbyśmy się nagle znaleźli w totalnie innym miejscu. Było to bardzo pozytywne zaskoczenie. Wokół nas jest pełno drzew, krótko mówiąc jedną nogą w buszu. W niedziele zostaliśmy oficjalnie włączeni do lokalnej społeczności podczas mszy świętej, która trwała ponad 2,5 godziny. Ludzie tutaj są jeszcze bardziej życzliwi nawet jak nie zrozumieją nas co się często zdarza zawsze wybrzmiewa radosne „yeah” tudzież „Ok” wraz ze specyficznym afrykańskim akcentem. 

Gdy przyszliśmy do szkoły pierwszego dnia sporo małych dzieci podchodziła do nas i dotykali naszych palców, dłoni czy jesteśmy prawdziwi, było to bardzo ciekawe przeżycie. Setki uśmiechniętych twarzy, coś pięknego!

Kuba