WIOSKA TRĘDOWATYCH – RĘCE, KTÓRE MÓWIĄ
Posted on |

Droga do wioski trwa pół godziny. Zieleni jest coraz mniej, ziemia robi się sucha i pusta. Po drodze mijamy stada krów, małe grupki ludzi maszerujące z dzbanami wody na głowie, chaty, które wyglądają, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Nie ma wyraźnej granicy między Wau a wioską. Pierwszym punktem orientacyjnym jest drzewo mango. Pod nim zaczynają zbierać się mieszkańcy. Przychodzą powoli, z różnych stron. Niektórzy poruszają się na czworakach, inni mają protezy, brakuje im palców. Są też niewidomi. Podają mi ręce, uśmiechają się. To tutaj kiedyś panował trąd. Choroba Hansena atakuje nerwy, skórę i oczy. Może prowadzić do deformacji rąk i stóp, utraty czucia czy problemów ze wzrokiem. Ale dzisiaj większość mieszkańców nie zaraża już nikogo. Leczenie jest skuteczne, a choroba nie jest dziedziczna. Trąd wywołuje bakteria Mycobacterium leprae, która atakuje głównie nerwy obwodowe, skórę i błony śluzowe. Leczenie jest skuteczne. Wielolekowa terapia (MDT) stosowana od lat 80. XX wieku całkowicie leczy chorobę i zapobiega dalszemu rozprzestrzenianiu bakterii. Skala problemu spada globalnie. Liczba nowych przypadków spadła z ponad 5 mln w latach 80. do około 200 tys. rocznie. Choroba nie jest dziedziczna, a wyleczeni pacjenci nie są zakaźni. Stygmatyzacja wciąż występuje. Ludzie często odrzucają osoby z historią trądu, mimo że nie zagrażają innym.
Wioska, którą odwiedzam, istnieje dzięki projektowi sióstr. Zapewniają mieszkańcom codzienny posiłek, ubrania, wodę, naczynia, dach nad głową. Dookoła działa zespół ludzi – kucharki, osoby przynoszące wodę, opiekujące się codziennymi potrzebami. Lekarze przychodzą regularnie, a siostra zarządzająca kliniką, pomaga w kontaktach z systemem opieki. Projekt daje mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty i normalnego życia. Pod drzewem mango powstaje naturalna wspólnota. Ktoś zaczyna śpiewać, ktoś inny klaszcze w rytm. Nikt nie stoi osobno. Wśród mieszkańców jest jeden nastolatek odrzucony przez rodzinę, kiedy dowiedziała się o jego chorobie. Nie zaraża, ale został sam. Teraz żyje w wiosce, ucząc się codziennych rytuałów od starszych mieszkańców emerytów. Odizolowany z dnia na dzień, niechciany, w nowej rzeczywistości, bez rówieśników. Kiedy przychodzi czas jedzenia, widzę dłonie bez palców podające miskę drugiej osobie. Ręce chwytające kubki z napojami, choć nie zawsze łatwo je otworzyć. Z pomocą wtedy przychodzą pracownicy. Ktoś podaje część swojego jedzenia sąsiadowi, ktoś pomaga podnieść miskę z ziemi. Wszystko wydaje się zwyczajne, naturalne i jednocześnie niezwykłe w swojej prostocie. Odwiedzamy dom niewidomej kobiety. Jej pokój jest prosty, wszystkie rzeczy pochodzą z pomocy zewnętrznej. Modlimy się razem, słucham o jej bólu i trudnościach, a siostra obiecuje, że przyjdzie lekarz na konsultację. Patrzę na zdeformowane ręce, które mówią. Witają się, karmią, podają wodę, chwytają kubki, trzymają drugą dłoń, klaszczą do rytmu muzyki. Ręce, które pokazują, że człowieczeństwo nie zależy od choroby, a od troski i uważności wobec innych.
Iga










