WIELKANOC I ŚLUBNE CHWILE

Ostatnie tygodnie były pełne różnych emocji — ekscytujących, wzruszających, ale też momentami trudnych. Święta Wielkanocne, urodziny, ślub, egzaminy, wakacje, nowi chłopcy w domu… sporo się działo.

Święta Wielkanocne, jak w wielu domach, okazały się jednocześnie radosne i pracowite. W tym roku szczególnie odczułam tę drugą stronę. Moim zadaniem było przygotowanie zabaw dla dzieci i upieczenie ciast. Niby nic wielkiego — dopóki nie policzy się wszystkich dzieci z naszych domów, wtorkowych chłopców z outreachu i wspólnoty. Skończyło się na prawie dziesięciu ciastach w jedno popołudnie. Całe szczęście zaczęłam prowadzić lekcje pieczenia dla starszych dzieci — bez ich pomocy nie udałoby się tego zrobić. Czy Wielkanoc w Nigerii bardzo różni się od tej w Polsce? Poza brakiem święcenia koszyczków i wspólnego śniadania w niedzielę — nie aż tak bardzo. Razem z dziećmi przygotowaliśmy dekoracje wielkanocne, uczestniczyliśmy w celebracjach, a nawet czterogodzinna msza w Wielką Sobotę nie wydawała się zbyt długa. Najważniejsza była wspólna radość ze Zmartwychwstania Pana Jezusa.

Ślub był bardzo miłym i wzruszającym przeżyciem. Nie był to tradycyjny nigeryjski ślub, na który zaprasza się wszystkich z okolicy — często w liczbie kilkuset osób. Tym razem była to skromna uroczystość, na którą para młoda zaprosiła jedynie kilkunastu najbliższych. Po ceremonii w kościele część weselna odbyła się w sali rekreacyjnej w domu chłopców. Dzieci wniosły tam dużo radości swoimi tańcami i występami — dla większości z nich było to pierwsze wesele w życiu. Nowożeńcy — Morris i Eugenia — są przyjaciółmi z dzieciństwa jednego z księży. Tworzą piękną parę i są przykładem dojrzałej, odpowiedzialnej miłości. Dla dzieci, które często pochodzą z trudnych, dysfunkcyjnych rodzin, taki obraz jest ważnym wzorem na przyszłość. Panna młoda stała się również moją przyjaciółką. Dobrze było mieć kobiece towarzystwo w domu zdominowanym przez chłopców. Moim ulubionym momentem tego wydarzenia (oprócz przysięgi małżeńskiej) była podróż po tort weselny. Po powrocie z kościoła okazało się, że tort, który zamówiliśmy, był po prostu okropny — krzywy, brzydki i zdecydowanie zniszczony w transporcie. Potrzebowaliśmy szybko kupić nowy. To zadanie spadło na Francisa — jednego z najbardziej konkretnych i oddanych pracowników — oraz mnie. Czas był bardzo ograniczony. Po wybraniu i kupieniu odpowiedniego tortu nastała chwila grozy — zawiezienie go do domu. Ponieważ Francis prowadził samochód i szczerze mówiąc, bardziej zależało mu na dotarciu na czas niż na dowiezieniu ciasta w jednym kawałku, dbanie o to, aby faktycznie się nie zniszczył, spoczęło na mnie. Połączenie prędkości, pośpiechu, ruchu drogowego bez zasad oraz dróg pełnych dziur było potężnym przeciwnikiem. Wiezienie tego tortu przypominało jeden wielki komediodramat. Koniec końców tort wylądował na stole w całości i uważam to za swój życiowy sukces. To nie koniec świętowania. W tym miesiącu trzy dziewczynki obchodziły swoje urodziny, a do naszego domu dołączyło aż pięciu nowych chłopców. To dla nich pierwszy etap przystosowywania się do życia w nowym miejscu. Po doświadczeniu bezlitosnej, a jednocześnie beztroskiej ulicy, nie jest to łatwe — ani dla dzieci, ani dla opiekunów. Nauka życia według zasad, reguł i codziennego rytmu wymaga ogromu pracy i cierpliwości ze strony wychowawców oraz wysiłku ze strony dzieci. Jednak cel, który temu przyświeca, jest zdecydowanie wart całego trudu — wychowanie przyszłych odpowiedzialnych obywateli Nigerii. O egzaminach, wynikach i wakacjach w kolejnym wpisie. Tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Gosia