TWARZE EDUKACJI W SIERRA LEONE

Zanim zobaczyłam statystyki, raporty i systemowe problemy, spotkałam chłopca na szkolnym boisku. Siedzieliśmy obok siebie na trybunach, oglądaliśmy mecz koszykówki, śmialiśmy się, rozmawialiśmy. Zapytałam go, czy chodzi do tej szkoły. Odpowiedział, że tak. Minęło kilka minut. Nagle posmutniał, spojrzał na mnie i nieśmiało wyznał:

Przepraszam, aunty. Tak naprawdę nie chodzę do szkoły. Moi rodzice nie mają pieniędzy. Bardzo chciałbym się tu uczyć”.

W Sierra Leone edukacja nie zaczyna się od podręczników ani programów nauczania. Zaczyna się od pytania, czy dziecko w ogóle ma szansę usiąść w szkolnej ławce. Czasem zależy od jednej opłaty, jednej decyzji, jednego gestu pomocy. Na przestrzeni siedmiu miesięcy zobaczyłam edukację w wielu odsłonach – od trudnych warunków, przez codzienne bariery, nabyte, ale i zaprzepaszczone szanse, aż po historie niezwykłej wytrwałości.

W Sierra Leone edukacja nie jest czymś oczywistym. Choć formalnie coraz więcej dzieci zapisuje się do szkół, dla wielu rodzin nauka pozostaje poza zasięgiem. Edukacja jest odpłatna – koszty czesnego, mundurków czy materiałów szkolnych często przekraczają możliwości finansowe opiekunów. Rodziny są tu zwykle liczne – na jedną kobietę przypada średnio 4-5 dzieci, a osobiście znam osoby wychowane w rodzinach z sześciorgiem czy ośmiorgiem rodzeństwa. W kraju dominuje islam, co w praktyce oznacza także częste zakładanie kilku rodzin przez jednego mężczyznę. Rynek pracy jest trudny, a młodzi ludzie mierzą się z ogromnymi trudnościami w znalezieniu zatrudnienia – obserwuję to również wśród znajomych, ambitnych i wykwalifikowanych osób, które mimo wysiłków nie mogą znaleźć pracy. Sierra Leone należy do najbiedniejszych krajów świata, choć jednocześnie jest miejscem o ogromnym potencjale i niezwykłej energii młodych ludzi.

Moje pierwsze doświadczenia z edukacją były związane z ośrodkiem Don Bosco Fambul na Fort Street, gdzie młodzi ludzie uczą się zawodów i gdzie pomagałam przy malowaniu. Później poznałam kolejne oblicze edukacji podczas pracy z dziećmi na holiday campie w Augustine Nursery and Primary School w Dworzark. Budynek szkoły jest ciemny, część pomieszczeń pomalowano na ciemne kolory, a prądu często brakuje, co jeszcze pogłębia tę ciemność. W salach lekcyjnych młodszych klas na ścianach widnieją kolorowe litery alfabetu i ręcznie malowane materiały edukacyjne – to popularna praktyka w tutejszych szkołach. Ławki i krzesła mają swoje lata, czasem brakuje śrub, przez co konstrukcja ledwo się trzyma lub jest prowizoryczna. Nie ma pracowni komputerowej, jak w większości szkół. Sanitaria to osobny budynek z czterema przestrzeniami wydzielonymi półściankami i wiadrami z wodą do nabierania kubkiem zamiast spłuczki. Nie ma bieżącej wody ani środków higienicznych. Budynek stoi przy wysypisku, w miejscu, gdzie składowane są odpady ze szkolnych koszy i półotwartej hali. Odpady te są co jakiś czas podpalane, aby zmniejszyć ich objętość i powierzchnię wysypiska. Plac rekreacyjny jest niewielki – bywa parkingiem lub boiskiem.

Wiele szkół funkcjonuje jednak w jeszcze trudniejszych warunkach. Zajęcia odbywają się w niewykończonych budynkach, w przepełnionych klasach, czasem w pomieszczeniach dzielonych przez kilka grup jednocześnie. W jednej z akademii, którą odwiedziłam, zajęcia odbywały się w budynku przypominającym plac budowy – surowe ściany, bez okien i drzwi. Mimo to młodzi ludzie traktowali naukę poważnie i ze skupieniem notowali materiał przedstawiony na tablicy.

O skali wyzwań wiele mówią także najprostsze rzeczy – jak wyposażenie ucznia. Zeszyty są drogie w stosunku do zarobków. W targu trudno znaleźć zeszyty w kratkę, dlatego uczniowie korzystają głównie z zeszytów w linie, z marginesem tylko po jednej – lewej stronie (bez marginesów lustrzanych). Wiele zeszytów zdobi okładka lub specjalna strona z hymnem narodowym – w kraju poskładanym z wielu plemion, poprzez taką drobnostkę buduje się tożsamość narodową. Dzieci piszą ołówkiem. Zdarza się, że na całą klasę przypada jedna temperówka, przekazywana z rąk do rąk. Gdy jej nie ma, nauczyciel ostrzy ołówki żyletką przechowywaną w szufladzie. Wielu moich przyjaciół opowiadało mi historię, jak zamiast plecaka nosiło przez całą swoją edukację zwykłą plastikową reklamówkę, zrywkę. 

Językiem edukacji jest angielski. Początkowo wydawało mi się to ogromną wartością – szansą na otwarcie drzwi do świata. Szybko jednak zobaczyłam, że wiele dzieci nie rozumie tego języka, a przyswajanie wiedzy specjalistycznej, technicznej w obcym języku staje się ogromną barierą. Uczniowie często przepisują materiał z tablicy bez zrozumienia. Nauka opiera się głównie na pamięciowym opanowywaniu treści. Klasy są przepełnione, a próby zadawania pytań czy wychodzenia poza schemat czasem bywają surowo dyscyplinowane.

Trudna jest także sytuacja nauczycieli – opłacanych przez państwo. Otrzymują niskie pensje, które dodatkowo bywają wypłacane nieregularnie. Jedna z nauczycielek powiedziała mi, że nie przyjdzie do pracy, ponieważ musi pożyczyć pieniądze na życie – od kilku miesięcy nie otrzymała wynagrodzenia.

Niezależnie od warunków w szkołach powtarza się jedno doświadczenie – uczniowie w mundurkach i przede wszystkim ogromna ciekawość dzieci. Chcą rozmawiać, podawać rękę, przytulać się, nawiązywać kontakt. Szukają relacji. Okazuje się, że to standardowa reakcja nie tylko w placówkach, gdzie pojawiam się po raz pierwszy, ale także w szkole podstawowej St. Augustine, gdzie dzieci widują mnie bardzo często. Nie uczę tam – część dzieci pamięta nasze zajęcia z holiday campu, część spotkałam na wydarzeniach kościelnych. Kiedy widzą mnie wychodzącą z Kościoła, wołają „Aminata”, wybiegają się przytulić albo energicznie machają.

Zdarzyło mi się odwiedzić wiele szkół z naszymi pracownikami socjalnymi. Don Bosco Fambul prowadzi programy wspierające edukację dzieci w bardzo trudnej sytuacji rodzinnej i ekonomicznej. Zakwalifikowanie się do programu to często jedyny sposób na umieszczenie dziecka w systemie edukacji. Beneficjenci otrzymują opiekę finansową – opłacenie czesnego za szkołę oraz socjalną, która przejawia się systematycznym wizytowaniem rodziny lub rodziny zastępczej przez pracownika socjalnego, aby sprawdzić środowisko dziecka, a także szkoły, aby porozmawiać z dyrekcją o postępach i ewentualnych problemach ucznia objętego programem. 

Choć formalnie coraz więcej dzieci zapisuje się do szkół, wysoki poziom zapisów nie przekłada się na realne kompetencje uczniów, a wiele z nich kończy edukację bardzo wcześnie. Programy pomocowe, takie jak te prowadzone przez Don Bosco Fambul, są niezwykle ważne, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Brakuje infrastruktury, indywidualnego podejścia do ucznia i systemowego wsparcia rozwoju talentów. Te liczby przestają być abstrakcyjne, kiedy widzimy konkretne twarze – uczniów, którzy każdego dnia zmagają się z tymi wyzwaniami.

Jedną z historii, które szczególnie pokazują znaczenie edukacji, jest historia studenta i animatora w salezjańskim oratorium. Pewnego dnia poprosił mnie o pomoc w opłaceniu szkoły, aby nie zostać skreślonym z listy uczniów. Wahałam się. Już wcześniej wielokrotnie zwracał się do mnie o wsparcie finansowe w różnych sprawach. Każda kolejna prośba budziła we mnie coraz większe wątpliwości. Obawiam się tworzenia zależności – sytuacji, w której moja pomoc staje się dla niego stałym rozwiązaniem problemów. Wiem też, że moje prywatne środki są ograniczone. Ostatecznie, wiedząc, jak wiele osób poprosił i że spotkał się z odmową, zdecydowałam się zaufać i pomóc.

Minęło kilka dni, może nawet tygodni, gdy zobaczyłam go pełnego szczęścia. Przyszedł do mnie z wiadomością: zdał pierwsze egzaminy i znalazł się wśród pięciu najlepszych uczniów. Dwoje z nich miało otrzymać możliwość zagranicznego stypendium po ostatnim egzaminie. Opowiadał, jak bardzo przeżywał oczekiwanie na wyniki – gdy nie znalazł swojego nazwiska na pierwszej liście, nie mógł jeść ze stresu. Dopiero następnego dnia ogłoszono listę najlepszych studentów. Mówił o dumie swoich rodziców. O nadziei. O przyszłości, która nagle przestała być tylko marzeniem. Powtarzał, że będzie mi wdzięczny przez całe życie i wyśle mi zdjęcie z rozdania dyplomów. 

Później – już konsekwentnie – pomogłam mu również opłacić ostatnie egzaminy. Jego rodzice nie pracują, ma młodsze rodzeństwo, a sytuacja rodziny jest trudna. Mimo wytrwałości i ogromnej motywacji, jaką było zagraniczne stypendium, ostatecznie nie udało mu się go zdobyć. Otrzymał jednak szansę ukończenia szkoły, a w jego sytuacji samo to mogło okazać się niemożliwe.

Ta historia pokazała mi bardzo wyraźnie, że w Sierra Leone edukacja bywa zależna od jednej opłaty, jednej decyzji, jednego aktu zaufania. Czasem niewielka pomoc może realnie zmienić czyjąś przyszłość.

Edukacja w Sierra Leone to także historie przerwanych ścieżek. Poznałam Blessing na ulicy – nieletnią dziewczynę. Jej edukacja została przerwana po serii jej osobistych, dramatycznych decyzji – uciekła z domu, przez pewien czas mieszkała z chłopakiem, później znalazła się na ulicy. Zainterweniowałam „po godzinach”. Widząc jej desperację, nie pozwoliłam, by została tam sama. Dziś jest bezpieczna – pod opieką mamy i pracowników socjalnych. Trwają starania, by mogła wrócić do szkoły, co nie jest proste ze względu na długą nieobecność. Jej historia pokazuje, jak łatwo młody człowiek wypada z systemu edukacji i jak wiele wysiłku potrzeba, by do niego wrócić.

Jeszcze inny wymiar edukacji zobaczyłam w Pademba Road Prison, gdzie prowadzę zajęcia komputerowe dla więźniów i strażników więziennych. Praca z osadzonymi pokazuje, że edukacja może być także drogą do odbudowy życia.

Edukacja w Sierra Leone ma wiele twarzy – od barier ekonomicznych, przez niedostatki infrastruktury, po niezwykłe przykłady determinacji i wsparcia. Każda zdobyta umiejętność i każde zbudowane zaufanie pokazują, że nauka ma tu nie tylko wartość intelektualną, ale także społeczną i ludzką. To przypomnienie, że edukacja wciąż może zmieniać życie – nawet w najbardziej wymagających warunkach.

Emi