ROK BEZ SERKA WIEJSKIEGO – TYDZIEŃ PIERWSZY

15 lipca ruszyłam z Polski na roczną misję do Sudanu Południowego. Pożegnania były trudniejsze niż się spodziewałam – łzy, emocje, ostatnie pierogi od mamy. Mimo stresu czułam ekscytację – jak przed koncertem Taylor Swift.

Lot z międzylądowaniem w Wiedniu i przesiadką w Etiopii przebiegł spokojnie, choć cały czas towarzyszyła nam myśl o czekającym nas zderzeniu z rzeczywistością. Zaraz po wyjściu z lotniska w stolicy kraju, uderzyło nas ciężkie, gorące powietrze. Miasto to mieszanina głośnych klaksonów, biegających zwierząt, straganów, ognisk przy drodze i samotnych dzieci bawiących się w kurzu. Ruch drogowy to czysta improwizacja – brak zasad, pierwszeństwa, sygnalizacji. Większość budynków to prowizoryczne konstrukcje z blachy i gliny, a śmieci walają się wszędzie. Trudno uwierzyć, że to stolica państwa. Najbardziej uderzył mnie widok obozu uchodźców – ludzie mieszkający w konstrukcjach z patyków i materiałów, dzieci bez opieki, ubrania w strzępach. Byliśmy atrakcją, ale też – może nieświadomie – zderzeniem ich świata z naszym. Do Wau przyleciałyśmy małym samolotem po wielogodzinnym oczekiwaniu na traumatycznym lotnisku, które bardziej przypominało przystanek autobusowy. Samo miasto zaskoczyło nas pozytywnie – jest tu spokojniej, czyściej, więcej zieleni. Budynki są skromne, ale mają w sobie coś z afrykańskiego uroku – mniej blachy, więcej barw. Dzieci witają nas z ekscytacją – każde chce uścisnąć dłoń, przybić piątkę, zadać pytanie lub po prostu popatrzeć. Zaczęłyśmy odwiedzać szkoły sióstr salezjanek, w których przyjdzie nam pracować. W jednej z nich uczennice uczą się między innymi szycia – widok sali pełnej maszyn i projektów był niesamowity. Dwie pozostałe szkoły to podstawówki (st. Joseph i Oxylium). Ta druga, czyli szkoła, w której będę pracować, ma ogromny potencjał, ale też wiele braków – stary sprzęt, prawie żadnych materiałów dydaktycznych, dramatycznie słabe zaplecze techniczne, złe warunki sanitarne… Największym problemem jednak okazują się nie warunki, a kadra nauczycielska. W większości przypadków są to osoby bez przygotowania pedagogicznego – często świeżo po szkole, bez żadnej wiedzy metodycznej. Brakuje im podstaw – zarówno w pracy z dziećmi, jak i w organizacji lekcji. Widok dzieci spragnionych wiedzy w połączeniu z bezradnością nauczycieli jest bolesny. Jednocześnie pokazuje, jak wielką wartość mogą mieć tu nawet najprostsze, wprowadzone przez nas zmiany. Już wiemy, że będziemy miały szansę prowadzenia od sierpnia 24-spotkaniowego szkolenia dla nauczycieli klas przedszkolnych i 1-3. Od sierpnia przez 3 miesiące będziemy w poniedziałki i wtorki przez 45 minut prowadzić szkolenie dla nauczycieli z pedagogiki. Na początek proste tematy – kreatywność, action songs, plastyka. Siostra mówi, że mają materiały, ale nie potrafią ich używać. Prosi nas o zbieranie tego co będziemy robić w całość, żeby mogła wykonywać te szkolenia co roku, gdy nas już tu nie będzie. Mimo, że praca z dziećmi jest bardziej satysfakcjonująca, niż szkolenie nauczycieli – jestem podekscytowana, tym, że może uda nam się coś zmienić! W pamięci ze szkoły st. Joseph zostaje mi szczególnie klasa 8., którą odwiedzamy jako pierwszą. Siostra zostawia nas z nimi sam na sam – przedstawiamy się i poprosimy ich o przedstawienie. Porusza mnie ich wdzięczność, dużo z nich przy mówieniu swojego imienia i wieku, wspomina o tym, że cieszy się, że tu jesteśmy. Kilkoro z nich chce zaprezentować swoje talenty – śpiewają i rapują. Później widzimy głównie małe, uśmiechnięte słodziaki z zerówki, które nie potrafią mówić po angielsku, ale są rewelacyjne w angielskich piosenkach. W niektórych sytuacjach dzieci mówią nam, kim chcą być w przyszłości – doktor, projektantka, siostra zakonna. Ta szkoła daje perspektywy. Uczęszcza do niej 1200 uczniów. W pokoju nauczycielskim widzę cytat św. Jana Bosko, napisany po angielsku „Wystarczy, że jesteście młodzi, żebym Was kochał.” – słyszałam ten cytat kilkukrotnie powtarzany od siódmego roku życia w środowisku salezjańskim. Teraz jestem tutaj, około 5 tysięcy kilometrów od domu i siedemnaście lat później, nabiera on o wiele większego znaczenia. Tutaj. Z najbiedniejszymi dziećmi na świecie. Przekazujemy siostrom rzeczy uzbierane w Polsce lub kupione z pieniędzy projektowych – materiał na stół w kaplicy od Radka (jedna z sióstr przytula go ze szczęścia), tusze do drukarek (8 sztuk do różnych drukarek) – krzyczą, że “Supeer, ta jest do mojej”, “O a ta do mojej”, pen-drivy (rzecz, która u mnie w Polsce wala się z kąta w kąt) – siostra chowa je od razu. Największą radość wzbudza jednak najtańsza rzecz – kalendarz SWM-u, który wisi również u mnie w domu w Koźlicach. Siostry przeglądają go, pokazują na wolontariuszy, którzy byli kiedyś w Sudanie Południowym, ekscytują się. Żałujemy, że nie mamy takiego dla każdej z nich. Na jednej z pierwszych przerw podczas naszych wizyt w szkole, gramy z dziećmi we frisbee, które ktoś podarował na zbiórce w Polsce. Dajemy też dzieciom do własnego użytku skakankę i prosimy o oddanie jej później świadome, że przepadnie na zawsze. Jesteśmy miło zaskoczone – zostaje nam oddana przez dziewczynkę sekundę po wybiciu dzwonka. Freesby cieszy ich bardzo, grają z nami głównie dzieci z czwartej i piątej klasy. Później tańczymy kilka tańców integracyjnych. Nasz wielki głośnik JBL, który otrzymałyśmy również ze zbiórki nie daje rady przy tym hałasie. Przypominam sobie, że można połączyć dwa – zrobimy to następnym razem. Taniec soku-baczi wywołuje na ich twarzach szerokie uśmiechy. Przypominam sobie, po co tu jesteśmy. Podczas poszkolnego prysznica myślę o tym, że wypiłabym sobie napój izotoniczny i zjadłabym serek wiejski. Niektórzy wolontariusze mówią, że nie tęsknią za tym, co mają w Polsce. Mnie już “udało się” zatęsknić kilka razy (po tygodniu, więc bardzo szybko!). To tylko (aż) świadczy o tym, jak wygodnie sobie żyłam w Polsce. Jadłam i piłam co chciałam, ustawiałam sobie swoje życie jak chce – i miałam też taką możliwość, ale na pewno aż tak tego nie doceniałam i nie byłam świadoma. Myślałam, że doceniam – zdecydowanie się myliłam.

Iga