PIERWSZE WYJŚCIE W TEREN Z DON BOSCO MOBIL
Posted on |

Praca streetworkera polega nie tylko na niesieniu fizycznej pomocy, ale też na byciu obecnym, uważnym, na rozmawianiu i słuchaniu. W terenie pojawia się jedzenie, woda, opatrunki, ale też coś mniej uchwytnego: momenty relacji. Ktoś się uśmiecha, ktoś krzyczy „Don Bosco”, ktoś się przytula i opowiada, że udało mu się dostać na studia albo że dziecko jest zdrowe. To codzienność, która czasem jest chaotyczna, czasem bardzo trudna, a czasem napełniająca nadzieją. W tej codzienności są uzależnienia, skrajna bieda i prostytucja, ale też bardzo trudna walka o to, by zaufać, że można odzyskać kontrolę nad własnym życiem i obrać nowy kierunek.
Biuro zespołu Mobil – streetworkerów i pracowników socjalnych – mieści się w budynku Don Bosco na Fort Street. Tam uzgadniamy różne inicjatywy, programy, warsztaty i wyjścia w teren do dzielnic slumsowych. Przy pracy w terenie korzystamy z pomarańczowego trucka. Wybieram siedzieć z tyłu, żeby być bliżej tego wszystkiego – nie obserwować przez szybę, ale czuć to, co wokół. Slumsy to miejsca, które wielu omija. To często społeczności dotknięte problemami narkotykowymi i prostytucją.
Za mną dziewięć miesięcy misji, ale pierwszy raz wyszłam z zespołem mobilnym już w moich pierwszych tygodniach we Freetown. Zaprzyjaźniłam się z jednym z pracowników socjalnych i zapytałam, czy mogę do nich dołączyć, kiedy będą wychodzić w teren. Nie był to zakres aktywności przewidziany moją misją. Alfred porozmawiał jednak z koordynatorem zespołu Francisem i bez przeszkód dostałam zgodę.
Miałam tylko w sercu, że chcę spróbować. Nie zakładałam wtedy jeszcze, że po tym pierwszym wyjściu stanę się częścią również tego zespołu, że poznam tylu wspaniałych ludzi, nowe miejsca i trudności, których nie zawsze da się przezwyciężyć w pojedynkę.
Ludzie w dzielnicach, które odwiedzamy, żyją w skrajnej nędzy i zmagają się z uzależnieniem od kushu. Kush jest silnie uzależniającym narkotykiem. Obok niego dużym problemem jest także tańszy środek – tramadol. Wiele kobiet, próbując zapewnić sobie przetrwanie, wchodzi w prostytucję, traktując ją jako jedyną dostępną formę utrzymania. Nieletni często są zaangażowani w prostytucję i inne ryzykowne aktywności.
Przy pierwszym wyjściu nie wiedziałam, czego się spodziewać. Pytałam, jak się przygotować, usłyszałam tylko: „trzymaj się nas i po prostu bądź”. Czułam, że będzie to ważne doświadczenie. W nerce miałam schowany mały zestaw opatrunkowy i rękawiczki – taka mikroapteczka, która towarzyszy mi codziennie, kiedy wychodzę do dzieci.
Kiedy dotarliśmy na miejsce – Upper Temgeh Town – okropnie padało. Był sierpień, intensywny moment pory deszczowej. Ludzie szybko zaczęli gromadzić się wokół nas. Najpierw kilka ogłoszeń. Chwilę przyglądałam się, jak Francis organizuje pracę przez megafon i informuje o celu naszej wizyty. Potem znaleźliśmy przestrzeń dla naszych działań. Jeden ze stołków robił za blat zabiegowy. Warunki były dalekie od sterylnych – nie stworzymy przecież w kilka minut przykładowego punktu opatrunkowego.
Zobaczyłam kolejkę ludzi i spytałam doktor Rachel, czy mogę pomóc. Wciągnęłam na ręce moje silikonowe rękawiczki, dostałam maseczkę i zaczęłyśmy współpracować. Pamiẹtam spuchnięte, poranione kończyny, głęboko uszkodzone tkanki – czasem aż do odsłonięcia kości, ciężkie infekcje i twarze pełne bólu, kiedy przystępowałyśmy do dezynfekcji.
Razem z Rachel przez ponad trzy godziny opatrywałyśmy rany. Asystowałam medycznie – podawałam gazę, preparaty do oczyszczania ran, pomagałam przy bandażowaniu. Nie wiem, jakim sposobem potrafiłam patrzeć na tak skrajne przypadki i to robić. Ręce mi się nie trzęsły, czułam pokój.
Najtrudniejszym momentem była obserwacja tych, którzy tego dnia nie otrzymają pomocy. Ich kroki, gesty, negocjacje, próby wtargnięcia do środka – do pomieszczenia skleconego z blachy i kartonu. Była w tym desperacja. Czułam bezradność, gdy po haśle „wracamy” wyciągali do mnie ręce i błagali o pomoc. W apteczce projektowej jeszcze coś zostało, w duchu zastanawiałam się, czy na pewno nie możemy opatrzyć jeszcze kolejnych osób. Jednocześnie wiedziałam, że nie pomożemy wszystkim. Ból wymalowany na ich twarzach zostawał ze mną, kiedy się pakowaliśmy.
Byliśmy niemal zaryglowani przez moment, dopóki część naszych pracowników socjalnych nie utorowała przejścia. Na wyjściu słyszeliśmy słowa wdzięczności, podziękowania i okrzyki, by Bóg nam błogosławił.
Byłam pełna szacunku dla pracy Rachel i całego zespołu. I pełna wdzięczności, że mogłam być tam razem z nimi, że mogłam zobaczyć, jak wygląda ich siła i współczucie w działaniu. Pytałam Francisa, czy mogę dołączyć przy kolejnej okazji. Usłyszałam: „Pewnie, że możesz, jesteś częścią zespołu”.
Z zespołem Mobil odwiedzaliśmy kolejne dzielnice: Jui, Lumley, Crab Town, Funkia, Grafton czy Susan Beach. Praca na ulicy wymaga cierpliwości, obserwacji i empatii. Codzienność mieszkańców jest trudna, ale niejednoznaczna – są tu cierpienia, ale też drobne radości, relacje i więzi.
Razem z zespołem prowadziliśmy kampanie edukacyjne o zagrożeniach związanych z kushem, nieśliśmy pomoc medyczną, dostarczaliśmy jedzenie i wodę. Zwykle chwilę przysłuchiwałam się kampanii głoszonej przez megafon, a gdy ruszał punkt medyczny, kierowałam kroki do Rachel, żeby pomóc. Potem robiłam zdjęcia z akcji plakatowania.
Czasem wizyty miały inny charakter. Bywało, że po prostu rozmawialiśmy. Zdarzyło się też, że modliliśmy się razem nad ciałem ofiary kushu. Innym razem szukaliśmy osób, które zakwalifikują się do badania oczu. Zdarzało nam się też przeciąć z pracownikami Caritas i połączyć siły.
Praca zespołu Mobil jest bardzo złożona. Don Bosco Mobil wierzy, że każde dziecko ulicy zasługuje na szacunek, opiekę i drugą szansę. Czasem zbieramy naszych beneficjentów na Fort Street, by przygotować dla nich warsztaty lub program rozrywkowy. Przy takich okazjach otrzymują posiłek i czasem coś „na wynos”. To dla nich także szansa na chwilową zmianę otoczenia.
Czasem odwiedzamy uczestników programów pomocowych w ich domach. Pracownicy socjalni monitorują zmiany w ich sytuacji – sprawdzają, czy edukacja dzieci jest kontynuowana, ale też okazują zwykłe zainteresowanie poprzez samą obecność, dając rodzinom poczucie, że kogoś obchodzą. Czasem wizytujemy szkoły, by spotkać naszych beneficjentów i porozmawiać z ich nauczycielami.
Na slumsach szybko uczysz się, że nie zawsze możesz zmienić czyjeś życie od razu. Czasem jedyne, co naprawdę możesz dać, to swoją obecność, uwagę i konsekwentne wracanie. I właśnie od tego bardzo często zaczyna się każda prawdziwa zmiana.
Emi/Aminata
















