PO PROSTU BYĆ – MOJA CODZIENNOŚĆ W LAGOS
Posted on |

Wiele różnych emocji towarzyszyło mi podczas prawie dwudziestogodzinnego lotu do Nigerii. Swój pierwszy tydzień w Lagos spędziłam w domu prowincjalnym, starając się przyzwyczaić do klimatu oraz przygotować do nowych obowiązków i pracy z dziećmi. Kiedy wreszcie przyszedł dzień podróży do miejsca docelowego- domu dziecka dla chłopców i dziewczynek ulicy szłam na spotkanie z nimi z drżącym sercem i niepewnym uśmiechem. Jednak, gdy dotarłam na miejsce, dwie małe dziewczynki wzięły mnie za ręce i od razu poczułam, że wszystko będzie dobrze, że trafiłam we właściwe miejsce. Początki zawsze są dużym wyzwaniem. Nie jest łatwo wejść z dnia na dzień we wspólnotę, w rodzinę. Potrzeba na to czasu i ciągłej obecności. Tym właśnie zajmowałam się codziennie. Starałam się towarzyszyć dzieciom we wszystkim w czym tylko mogłam. W międzyczasie wyklarowały się również moje pierwsze obowiązki.
Tak więc od poniedziałku do piątku po wspólnotowej mszy świętej odprowadzam dzieci do szkoły. Następnie jem śniadanie i prowadzę zajęcia z języka angielskiego dla trójki chłopców, którzy jeszcze nie rozpoczęli nauki w szkole. Mimo iż powinni być już w czwartej lub piątej klasie, wciąż nie potrafią dobrze czytać ani mówić po angielsku, dlatego nadrabiają zaległości, ucząc się w domu. Przed godziną 15.00 idę odebrać młodzież ze szkoły. Dzieci żyją tutaj według ustalonego grafiku. Czasami po szkole przewidziany jest czas na gry i zabawy, czasami drzemka. Wieczorami staram się towarzyszyć im podczas kolacji i modlitw, a do godziny 22.00 pomagam w odrabianiu zadań domowych oraz przepytuję z materiału do kartkówek. Weekendy spędzamy wspólnie. Zawsze o 11.30 w soboty i niedziele prowadzę zajęcia artystyczne, a o 16.00 rozpoczynamy oratorium, które otwarte jest również dla dzieci z okolicy. Na sobotni wieczór przewidziany jest film, a w niedzielę wieczorem przygotowania do szkoły. Jedynie wtorki spędzam w inny sposób. W każdy wtorek wcześnie rano wyjeżdżam do innego domu. Raz w tygodniu dzieci, które wciąż żyją na ulicy, mogą tam przyjść, wykąpać się, wyprać ubrania i zjeść ciepły posiłek. Moim zadaniem jest po prostu być dla nich. Staram się przynosić różne gry, wymyślać zabawy i kreatywne zajęcia. Zawsze na koniec czuję ogromny niedosyt. Czasu nigdy nie jest wystarczająco dużo. Chciałabym, aby chociaż na chwilę mogły żyć jak normalne dzieci- bawić się i uczyć. Zastanawiam się, jak to jest w ogóle możliwe, że te cudowne istoty śpią i pracują na siebie na ulicy.
Podczas trzech tygodni, które spędziłam w Lagos, wiele razy czułam się przytłoczona. Historie, które noszą w sobie dzieci są ogromnie bolesne. Rzeczywistość z jaką się mierzą jest niesprawiedliwa i trudna. Poczucie bezsilności- kiedy możesz ofiarować tylko swój czas, a chciałabyś zapewnić tym najcudowniejszym, niewinnym i często skrzywdzonym dzieciom wszystko, czego potrzebują jest ciężkie. Jednak sto razy silniejsza w tym wszystkim jest radość i miłość, którą odczuwam będąc wśród nich. Nie wiedziałam, że można pokochać kogoś tak szybko. Zaledwie w ciągu trzech tygodni te dzieci zawładnęły moim sercem. Bycie tutaj jest spełnieniem marzeń i jestem za to ogromnie wdzięczna.
Gosia




















