ORATORIUM WE FREETOWN: JAK DZIECI ZNAJDUJĄ RADOŚĆ W TRUDNYCH WARUNKACH

Minęły cztery miesiące odkąd działam jako wolontariuszka misyjna we Freetown. Większość dnia spędzam w więzieniu — Ci, którzy czytali mój poprzedni blog, znają już realia, w jakich pracuję na co dzień. Do oratoriów ruszam późnym popołudniem, zaraz po powrocie z więzienia, kiedy tylko uda mi się coś zjeść. To inny świat, choć odległy zaledwie o kilka ulic. W youth centers dzieci są beztroskie, biegają, śmieją się, wskakują na plecy, chcą być zauważone. To jedyna przestrzeń w mojej codzienności, w której spotykam się z dziećmi — drobny balans wobec pracy z dorosłymi i może właśnie dlatego tak bardzo dla mnie ważna.

Oratorium tutaj nazywane jest youth center. Mamy dwa takie miejsca: jedno na Fort Street, gdzie mieszkam, oraz drugie przy parafii w Dworzark – tam bywam częściej. Każde z nich ma swój własny rytm, trudności i wyjątkowy klimat.

Youth Center Dworzark

Drogę do oratorium w Dworzark zazwyczaj pokonuję pieszo (około 20-25 minut). Choć to ruchliwa, miejska trasa, wiele osób już mnie zna. Pozdrowienia, uśmiechy i machanie ręką tworzą z tej drogi coś, co trudno nazwać zwykłym przejściem. Zdarza się, że gdy tylko pojawiam się w okolicy, dzieci biegną, by zamknąć mnie w zbiorowym uścisku. Przytulamy się, podajemy ręce, a niektóre z maluchów obracam w powietrzu.

Na miejscu czeka już grupa spragniona zabawy. Czas oratorium trwa od 16 do teoretycznej 18, a w praktyce do 18:30 lub później. Zawsze przynoszę ze sobą Mistakos, Crazy Tower – gry zręcznościowe z Polski. Mistakos to prezent dla dzieci od mojej przyjaciółki i jedna z ulubionych gier tutaj. Co zabawne, mam jednego chłopczyka, który zawsze podsuwa mi pudełko i prosi, by przeczytać instrukcję po polsku. Śmieje się z brzmienia słów, których nie rozumie, a dopóki daje mu to radość, zgadzam się czytać. Dzieci szybko łapią zasady nowych gier i nie potrzebują dużo czasu, by je pokochać. Gry integrują, uczą cierpliwości i współpracy.

Na miejscu mamy stół do tenisa stołowego (ale nie zawsze jest czym grać), rdzewiejące piłkarzyki i dwie plansze do warcabów – jedną z drewnianymi „klockami-pionkami”, drugą z nakrętkami od butelek, które gdzieś się już zgubiły. Przynoszę też piłkę do siatkówki plażowej, która szybko ulega wypadkowi – rozcina się o blaszany daszek, łatam ją plastrem i przy kolejnym wypadku powtarzam tę samą operację. Z najmłodszymi oratorianami gramy czasem w „głupiego Jasia”, czasem rzucamy piłkę do siebie i liczymy przyjęcia, ile razy uda nam się wspólnie utrzymać ją w powietrzu. Piłka jest już bardzo nadwyrężona.

Tak więc…  gramy w tenisa stołowego, piłkarzyki, siatkówkę, piłkę nożną, Mistakos, Crazy Tower, warcaby, czasem bawimy się nawet kijkami, czy plastikową butelką. Bawię się z dziećmi tym, co tylko znajdę. Byle jak najwięcej dzieci znalazło coś dla siebie. 

Na oratorium w Dworzark przychodzi około 75 dzieci i młodzieży – według IDków, które przygotowałam, choć wiem, że jest ich więcej i konieczne będzie wykonanie kolejnej partii identyfikatorów (w trakcie pisania tego bloga już dostałam informację o kolejnych 38 i kolejne potwierdzenie, że będzie tego więcej). Mamy trochę podwórka i jedno pomieszczenie, które wielkością przypomina większe pomieszczenie gospodarcze lub garaż na dwa samochody. Przychodzą głównie chłopcy, jest naprawdę bardzo mało dziewczynek. Może wynika to z tego, że ciężko im przebić się w zabawach z chłopcami – tutaj rzadko widzi się chłopców kopiących piłkę z dziewczynkami. Przekrój wiekowy jest szeroki – od kilkuletnich maluchów po 16–18 latków. 

Chłopaki w piłkę grają w klapkach albo pożyczają między sobą adidasy. Te nieliczne buty często są w bardzo złym stanie. Skutkuje to kontuzjami – dlatego staram się mieć ze sobą kilka opatrunków. Ostatnio jeden z animatorów przyniósł apteczkę oratoryjną, by pomóc z rozcięciem na nodze u jednego ze starszych chłopaków, wtedy zdecydowałam: będę chciała uzupełnić tę apteczkę. Apteczka na miejscu jest wybrakowana: trochę waty, mała prawie pusta butelka pioktaniny, nożyczki i parę tabletek przeciwbólowych. Animatorzy wiele razy zgłaszali ten problem, ale to tylko kropla w morzu potrzeb. 

Wciąż dzielę się prywatnymi lekami z animatorami i współpracownikami, kiedy tylko usłyszę o potrzebie. Przekazuje je na miejscu w oratorium, po porannej Mszy, czy z pomocą kierowcy busa dla chorych przyjaciół w New Fambul. Każdy mały gest jest tutaj znaczący. Cieszę się też, że w październiku otrzymałam 2 opakowania paracetamolu, dzięki wsparciu darczyńców zbiórki organizowanej przez naszych wolontariuszy SWM Wrocław. Pozwoliły mi uzupełnić już wyczyszczoną z paracetamolu apteczkę.

A co z dziewczynkami? Dużo tańczymy, zwłaszcza podczas parafialnych imprez. Goście często siedzą przy stolikach przez pierwsze godziny i nie dają się porwać muzyce, ale dzieci – owszem. Jak tylko zaczynają się kręcić i nudzić, szybko z nimi ustalam: okay – czyli czas na tańce. Moja animacja tańców jest spontaniczna: nie kieruję kroków na scenę, by pokazać choreografię, bardziej tańczymy w kółku i wyciągam na chwilę każdą dziewczynkę, by potańczyć indywidualnie – trochę jak na polskich potańcówkach. Dziewczynki są przeurocze, często tulą się i dają mi buziaki na pożegnanie. Zdarzają się też zabawne sytuacje, gdy dorośli pytają, czy to moje dzieci i bywają zaskoczeni, gdy mówię, że nie. Pytają, czy jestem przyjaciółką rodziców, choć najczęściej poznaję tylko same dzieci, rzadko ich rodziców.

Wracając do oratorium – nie brakuje nam wyobraźni, nawet zakrętki od butelek, butelki i patyki okazują się skutecznym narzędziem animacji. Na początku dzieci pytały, czy zrobię im zajęcia komputerowe jak na campie. Niestety, w oratorium nie ma pracowni ani sprzętu. W czasie campu pożyczyliśmy cztery komputery z technikum, ale w roku szkolnym, to trudniejsze. Niewykluczone, że jeszcze do tego wrócimy, ale dopóki pomysł jest na półce, zostają nam gry i zabawy.

Animacją zajmują się animatorzy działający dobrowolnie, w duchu misji św. Jana Bosko. Jednego dnia jest ich mało, innego więcej. Część z nich to młodzież ucząca się. Trudno ich skoordynować – nie mają obowiązku przychodzić. Kilku bywa jednak codziennie i daje dzieciom ogromną wartość. Akcentem wychowania duchowego jest modlitwa na koniec oraz “słówko” do oratorian.

Pomysłów nie brakuje – trudniej z ich realizacją. Zdarza się, że kiedy przychodzę, dzieci kręcą się bez zajęcia, bo jest tylko jedna piłka, a animator nie udostępnił rakietek, piłeczki do ping-ponga czy piłki do piłkarzyków. Dlaczego? Część animatorów obawia się wydawać sprzęt, ponieważ odpowiadamy za jego zwrot do biura i kompletność przy zamykaniu oratorium. Kiedy na miejscu jest mało animatorów, a wyposażenia i tak mamy niewiele, niektórzy wolą nie ryzykować kradzieży czy zniszczenia czegokolwiek. W starszej młodzieży wciąż pokutuje powojenna nieufność wobec swoich. Moje doświadczenie jest inne – dzieci pomagają mi skompletować gry. Na początku pytały, czy dostaną grę na własność, ale wyjaśniłam, że dopóki jest w oratorium, jest prezentem dla wszystkich, którym możemy się dzielić.

Z animatorami widujemy się na oratorium i na cyklicznych spotkaniach raz na dwa tygodnie, by decydować o harmonogramie aktywności i omawiać bieżące sprawy. Większość widuję też podczas spotkań SYM (Salesian Youth Movement), odbywających się w tym samym cyklu. Grupy są niemal identyczne, więc czasem trudno rozróżnić, czy to spotkanie animatorów, czy SYM. 

Youth Center Fort Street

Na Fort Street grupa jest bardziej urozmaicona – są zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Trudniej oszacować liczbę dzieci, bo tu nie przygotowywałam IDków – wciąż korzystają ze starych. Mamy dwa niepełnowymiarowe boiska: jedno do koszykówki, drugie do piłki nożnej. Mimo ograniczeń to już prawie luksus w porównaniu z Dworzark. Na boisku do koszykówki trenuje również lokalna drużyna Spartans – żeńska i męska. Grają mecze towarzyskie i w ramach ligii od listopada. Miałam okazję pojechać z nimi na jeden z meczów towarzyskich. Zaproszenia dostaję regularnie, jednak najczęściej grafik nie pozwala mi dołączyć. Dla Spartans i współpracowników – około 35 osób – również przygotowywałam IDki. Podobnie jak dla oratorian i później dla więźniów z naszego programu edukacyjnego i dożywiania – wszystko od zera: projekt, wprowadzanie danych, wydruk, cięcie, laminowanie i znowu cięcie – całość zajmuje sporo czasu. To zajęcie wykonujẹ w weekend lub późnymi wieczorami.

Na Fort Street również radzimy sobie z tym, co mamy. Dzieciaki marzą o butach, o piłkach, trenerzy o szarfach lub koszulkach dla drużyny i wpisowych na turnieje, ale to kolejna kropla w morzu potrzeb. Bawimy się i spontanicznie tańczymy. Gramy w Mistakos i Crazy Tower – w korytarzach lub przy garażach. I tutaj też obowiązuje nasz nieoficjalny challenge: gdy komuś uda się zbudować wieżę, robię zdjęcie zwycięzcy z konstrukcją. Determinacja dzieci jest ogromna – nie poddają się nawet po wielu nieudanych próbach. Dwa razy udało nam się obejrzeć bajkę na moim laptopie. Po bajce dzieci wyszukiwały krótkie animacje na YouTube. Nie wiem jak to zrobiły, ale z Tomem i Jerrym dotarły nawet do polskich kanałów dla dzieci i ze skupieniem oglądały, jak np. chłopcy pieką tort dla mamy.

Codzienność w oratorium jest pełna wyzwań – brak budżetu, ograniczone pomoce, potrzeba zaangażowania animatorów, ale przede wszystkim jest pełna radości i energii dzieciaków. Nawet drobne gesty, wspólne gry i tańce pokazują, jak wielkie znaczenie ma dla nich obecność i uwaga. Dzieci chcą być dziećmi, bawić się, czuć zauważone.

Warunki życia w Sierra Leone są trudne. Dziecięca radość i ufność kontrastują z realiami w sposób uderzający. Wszystkie te wyzwania nie tłumaczą błyszczących oczu oratorian. Szczególnie trudna jest rola dzisiejszych rodziców – dziecięca niewinność, którą w poprzednim pokoleniu zniszczono, wychowuje nowe pokolenie. Rodzice naprawdę chcą podarować dzieciom dzieciństwo, pozwolić im na zabawę, na wrażliwość i ufność, które sami utracili. Myślę, że bez względu na warunki dorastania, mamy w sobie ogromne pokłady miłości. Codzienność hartuje, ale serce pozostaje zdolne do radości.

Emi