On był, kiedy nie miałam już sił…

Wróciłam do Polski tydzień temu, od tego momentu czas mijał mi na spotkaniach z rodziną i przyjaciółmi. Teraz jest niedziela i jestem sam na sam ze swoimi myślami i gubię się, nie potrafię ogarnąć rzeczywistości.

Jeszcze tydzień temu byłam w rozgrzanym słońcem Wau, wszystko było poukładane, na miejscu, a teraz jestem tu i mam ciągłe poczucie, że czegoś brak. Walczę i nie chcę się aklimatyzować, nie chcę, żeby zeszłe trzy miesiące były jak wakacyjne wspomnienie, które ulatuje po tygodniu pracy.

Jeśli mam opowiadać o wyjeździe misyjnym, to nie mogę zacząć od tego, co ja tam robiłam, ale od tego, co Bóg zrobił da mnie i jak ustawił moje serce w odpowiednim miejscu. Już od pierwszego dnia okazało się, że w Sudanie Południowym na sporą część rzeczy nie mam wpływu i jestem po prostu bezradna. Pozostała modlitwa i zaufanie, że nie jestem sama. I nie byłam, w każdym trudnym momencie On był, kiedy nikt dookoła nie rozumiał, On był, kiedy nie miałam już sił, On był, kiedy wątpiłam w sens całego przedsięwzięcia, On był, kiedy płakałam, On był. Czasem miałam poczucie, że nie da się czegoś zrobić, bo brakuje jakiegoś elementu i nagle to, czego brakowało się znajdowało. Bóg przedstawił mi ludzi i dzieci, które chciał, żebym poznała, a ja się nimi zachwyciłam. Postawił mnie w sytuacjach, w których chciał, żebym się znalazła, a ja rozkwitłam. I kiedy siedziałam w samolocie patrząc na panoramę Wau, wiedziałam, że zostawiam dużą część serca, że zakochałam się w ludziach. Będzie mi bardzo brakowało uczniów i naszych przyjaciół. I tego poczucia, że rano wstaje się po coś, i że może nie jest to jakaś wielka praca nad zmianą ludzkich żyć, ale że nasza praca ma sens.

Bardzo dużo się nauczyłam, nie tylko o sobie, ale i rozpalania ognia w kuchni i walki z insektami i innym stworami, i tego, że nie wszystko musi iść zgodnie z planem, a czasem najlepszy plan to jego brak.

Ola