“EEEEE MACARENA”
Posted on |

Mijają już prawie cztery tygodnie od wylotu z Polski. Zastanawiam się, w jaki sposób za pomocą słów oddać to, co tutaj przeżywamy. Mimo że udało nam się już prawie zbudować rutynę dnia, to jednak codziennie coś nas zaskakuje. Czasem jest to setka dzieci w klasie, niekiedy przebiegające kozy przed naszymi stopami, coca-cola w sudańskim markecie, jaszczurka za szafą, a raz nawet piorun uderzający w nasz budynek.
Ale wróćmy do rutyny — wstajemy codziennie o 5:40. Msza w kościele nieopodal nas rozpoczyna się o 6:30. Później szybkie śniadanie w postaci bułki z masłem orzechowym i biegniemy do szkoły. Pracujemy w dwóch szkołach, ucząc dzieci języka angielskiego i WF-u. W jednej z placówek jesteśmy w trakcie przeprowadzania szkolenia dla nauczycieli grup przedszkolnych i wczesnoszkolnych. Jesteśmy ogromnie wdzięczne za studia pedagogiczne, które ukończyłyśmy w Polsce. Dzięki temu czujemy, że możemy w pełni wykorzystać nasze kompetencje i dzielić się wiedzą z zakresu wychowania i edukacji. Ufamy, że warsztaty dla nauczycieli przełożą się na wyższą jakość nauczania w Wau. Od środy do soboty prowadzimy też zajęcia pozalekcyjne z muzyki i tańca oraz plastyki. Po szkole wracamy na lunch, a później czas zajmuje nam przygotowanie się do pracy na kolejny dzień. Wieczorem różaniec, kolacja i rozmowy telefoniczne z bliskimi. Przeżywam tutaj bardzo skrajne emocje — od bezsilności po ogromną radość. Czasem załamuję ręce i zastanawiam się, jakie jest w ogóle moje zadanie, a chwilę później przypomina mi się, że przecież nie muszę zbawiać świata, ale mogę wywołać uśmiech na twarzy dziecka. Największy sens mojej pracy czuję, spędzając czas właśnie z dziećmi. Widzę wtedy iskierki w ich oczach. Potrzebują tak niewiele — po prostu uwagi. Chcą być zauważone, docenione, czasem chcą tylko, żeby je potrzymać za rękę. Do tej pory tylko słyszałam ze świadectw wolontariuszy, że na misji wydaje się, iż dużo dajemy, a tak naprawdę otrzymujemy jeszcze więcej. A teraz właśnie tego doświadczam. Otrzymuję ogromną radość, uczę się pokory i wrażliwości, doceniam drobne gesty i staram się zachwycać nawet najmniejszymi rzeczami — dokładnie tak, jak robią to dzieci w Wau. W dniu urodzin dostałam wiadomość, aby doceniać każdą chwilę, bo to dar, że tu jesteśmy. Myślę o tym każdego dnia. Aby przybliżyć Wam bardziej sudańską rzeczywistość, wklejam poniżej kilka fragmentów z mojego misyjnego dziennika. (…) Dzieci nas zauważają i podbiegają do nas. Każdy chce nas dotknąć. Podajemy im ręce, witamy się z nimi. Jesteśmy otoczone najsłodszymi maluszkami. Czuję ich rączki trzymające mnie za ręce, łokcie, ramiona, spódniczkę. Kłócą się o to, kto może teraz mnie dotknąć. Wystarczy im, że się nimi zainteresujemy. Śpiewają dla nas piosenki. Każdy chce, żeby na niego patrzeć. (…) Czujemy się podłamane psychicznie. Siedzimy na krawężniku. Widzę grupkę chłopców siedzących nieopodal. Słyszę swoje imię. Proponuję Idze, żeby tam podejść. Mówią po angielsku — uff, rozmawiamy. Pytam, kim chcą być w przyszłości — słyszę takie słowa jak pilot, inżynier, doktor, nauczyciel. Słucham ich imion. Opowiadam im, skąd jesteśmy. Wszyscy znają Lewandowskiego. Na plecach mam ukulele. Jeden z chłopców pyta, czy mogę coś dla nich zagrać. Uczymy ich piosenki i śpiewamy razem. Czuję, że po to tu przyjechałam, żeby dzisiaj z nimi śpiewać i grać. Są chętni i zaangażowani. Czuję wzruszenie. Po lekkim kryzysie stali się iskierką. (…) Niestety, na półkach prawie nie ma towaru. Kupujemy jedynie płyn do dezynfekcji za 20 000 dolarów sudańskich, czyli jakieś 11 zł. Siostra Mai Van pyta, czy chcemy loda. Loda??? Czy my dobrze usłyszałyśmy? Odpowiedzialnie odmawiamy ze strachu przed komplikacjami żołądkowymi, nie wiedząc przecież, z czego te lody są robione. Siostra jednak namawia i mówi, że ona je jada i dobrze się czuje. Jesteśmy tak zahipnotyzowane, że nie odmawiamy. Kupujemy jednego na pół za 5000. Zjadamy z obłędem w oczach. To najpyszniejszy lód w moim życiu. (…) Idziemy na spacer do ogrodu. Sprawdzamy wszystkie drzewa. Są tu bananowce, nerkowce, figowiec, limonka, pieprz, guawa. Widzę jedno potężne drzewo — idealne, żeby się na nie wspiąć. Iga mówi, że nie można. Mówię: „Stara, masz okazję wejść na afrykańskie drzewo, nie skorzystasz? Ja wchodzę”. I tak oto wchodzimy obie. Czuję się lekko. Okazuje się, że to drzewo to mango. Czy mogło być lepiej? Czekamy na kolację. Skończył się sos sojowy. Dowiadujemy się, że był przywieziony z Kenii. Ciężkie dni nadchodzą
(…) Dzieci cieszą się, że mogą używać różnych kolorów kredek. Żałuję, że nie mogę z nimi porozmawiać, bo te najmłodsze rozumieją tylko arabski. Uśmiecham się do nich, a one to odwzajemniają. Czy to międzynarodowy język miłości? (…) Kolejna lekcja to ponownie WF. Tym razem skupiamy się na tańcach, o które proszą najmłodsze dzieci. Jest bardzo gorąco, marzymy o cieniu, ale nie potrafimy im odmówić. Są małe, urocze, patrzą na nas swoimi słodkimi oczkami, szukają uwagi. Wystarczy na nie spojrzeć, żeby wywołać ich uśmiech. Chwilę później słychać już dźwięki „choco choco clap clap”. Tańczą głównie dziewczynki — i nasze krople potu na plecach. Zauważam, że nieśmiało podchodzi do nas chłopiec. Podchodzę do niego i tańczymy razem. Czuję, że potrzebował, żeby go zauważyć. Bawimy się razem. Ma na imię Bullis. Robimy wielki taneczny pociąg. (…) Po drodze nagrywamy trasę. Skupiamy się na osłach, kozach, psach, tonach śmieci. Widzimy mnóstwo kobiet z ogromnymi koszami na głowach, mężczyzn z jedną nogą. Zastanawiam się nad tym, że nie widzę tu żadnych par. Odkąd tu jesteśmy, nie widziałam oznak czułości i bliskości. Nikt się nie trzyma za ręce, nikt się nie przytula, żadna para nawet obok siebie nie idzie. Czy miłość tu w ogóle istnieje? (…) Do tej pory najgorszym wydawał mi się widok najbiedniejszych dzieci świata przy pompie z wodą. Dziś zobaczyłam dwie nagie, kompletnie wychudzone osoby, z każdym żebrem na wierzchu, które kucały i kapały się w ciemnej, brudnej stróżce rzeki. Iga nie zdążyła tego zobaczyć. Zostaję z tym widokiem w głowie. (…) Nadal nie ma prądu. Myjemy zęby z czołówką. Szustaka nie słuchamy, odkąd piorun uderzył w kaplicę. Obie się dziś nie wyspałyśmy, więc tylko się witamy i każda zajmuje się ogarnianiem siebie. Zostaje pięć minut. Iga przeznacza ten czas na czytanie Słowa Bożego, ja kładę się na skraju łóżka. Patrzę za okno. Widok drzew daje ukojenie. (…) Przerwę spędzamy na dworze z dziećmi. Tańczymy z nimi. Kochają macarenę. Dzisiaj nauczyłam je, że pomiędzy odcinkami muzycznymi mogą śpiewać „eeee macarena” i tak oto wszyscy dziś krzyczeli: „eeeeee macarena”. Na koniec chodzi tylko o to — be kind, be Wau.
Patrycja
