NAJŁATWIEJSZY ADWENT W MOIM ŻYCIU
Posted on |

Koniec listopada i pierwsze dni grudnia: Na wieczornych modlitwach coraz częściej myślę o nadchodzącym Adwencie. Jedno z czytań zatrzymuje mnie przy słowie „umiarkowanie” i nagle orientuję się, że moje tegoroczne przygotowanie do Świąt zapowiada się zupełnie inaczej niż wszystkie dotychczasowe. Nie będę z rodziną i przyjaciółmi. Nie piekę pierników, nie kupuję prezentów, nie zapalam lampek wieczorem. Poranki roratowe nie różnią się od zwykłych mszy, a grudzień w niczym nie przypomina tego grudnia, który znam. Na początku brzmi to dość smutno. A potem przychodzi myśl, że może właśnie dzięki temu będzie mi łatwiej skupić się na tym, o czym te Święta naprawdę są. I nie chodzi o to, że romantyzowanie grudnia jest złe. Wręcz przeciwnie, ja sama je uwielbiam. Ale w tym roku zostaję z samym sednem. Mam być gotowa tylko na Jezusa. Bez uprzyjemniaczy. Bez rozpraszaczy. Skoro już jestem w takiej sytuacji, postanawiam nie ubolewać, tylko ją docenić. To będzie najłatwiejszy Adwent w moim życiu. Jedyny taki. I wyjątkowy. Tym bardziej, że tutaj dużo łatwiej odnajduję Jezusa w codzienności. W prostocie.
Roraty nie należą do moich ulubionych. Po drodze wschodzi słońce, które potem w kościele praży mi prosto w oczy, bo zawsze siadam przy oknie. O 7 rano jest gorąco. Brakuje ciemności i to chyba rusza mnie najbardziej. Mimo wszystko codziennie dzieje się coś, co pomaga mi przypomnieć sobie do czego się przygotowujemy.
24 grudnia – Wigilia w Wau
Rano jest zwyczajnie. Msza. Obok mnie znowu siedzi dziewczynka ze szkoły st. Joseph. Wracam myślami do dzieci, do lekcji, do hałasu, do sensu dnia. Brakuje mi tego kontaktu podczas przerwy wakacyjnej bardziej, niż się spodziewałam.
Od rana robimy jedzenie. Zwykłe jedzenie. Sałatka, ryż, ziemniaki. Później deser z kasawy.
Wieczorem jest zwykła kolacja. To mnie uderza. W Polsce teraz jest Wigilia. Barszcz. Uszka. Stół. Ciepło w domach. Ciężko mi to pojąć, w tych 40 stopniach. Homesick przychodzi nagle i bez zapowiedzi.
Dzwonię do rodziny podczas ich wigilijnej kolacji. Jestem gościem online (może tym jednym nieproszonym?). Rozmawiamy, śmiejemy się. Gram na ukulele kolędę, która się nie synchronizuje, więc wywołuje dużo śmiechu. Czuję się jakbym z nimi tam była. Homesick znika. Przypominam sobie, że nie potrzebuję dzielenia się opłatkiem, jedzenia barszczu i kołysania się do kolęd przy stole. Potrzebuję ich.
Dlaczego Polsce najhuczniej świętujemy narodziny Jezusa zanim się narodzi? – zadaję sobie to pytanie. W Wau celebrację zaczynamy od mszy o 23.30.
Pasterka
Pierwszy raz wychodzimy o takiej godzinie poza bramę. Ulica jest ciemna. Oświetlam nam drogę latarką. Dookoła jest tłum ludzi. Jedni idą do kościoła, inni do klubów. Dwa światy obok siebie. Słyszymy tylko „sister, sister, how are you?”.
Msza jest bardzo radosna. „Noel, Noel”, „Joy to the World” – te pieśni na zawsze już będą mi się kojarzyć z tymi Świętami. Radość ludzi przy odsłonięciu Dzieciątka jest nie do opisania. Ksiądz podnosi go symbolicznie do góry. Na koniec wszyscy tańczą – ksiądz,kobiety i młodzież. Wracamy przed trzecią. Każdy się przytula. Traktuję to jako symboliczny “opłatek”. „Merry Christmaaas”. Idziemy do kaplicy. Śpiewamy “Happy birthday” dla Jezusa i “Silent night”. A później symboliczne prezenty, pudding, owsianka. Idziemy spać przed czwartą.
Tegoroczny klimat świąteczny zamienił mój sens przeżywania. Jezus urodził się w miejscu, które nie miało do tego warunków. I może dlatego tutaj, w tym chaosie i prostocie, łatwiej przyszło zapomnienie o tworzeniu “klimatu” i rozumienie sensu tego grudnia? Czy chodzi o to, żeby wziąć z tej historii Narodzin jak najwięcej dla siebie?
Iga
