MIĘDZY WIĘZIENNYMI MURAMI – CODZIENNOŚĆ I ROZWÓJ W PADEMBA

Pademba Road Prison, 1700-1800 osadzonych. Braki żywności. Przerwy w dostawie prądu. Laptopy, które się zawieszają. Ludzie, którzy chcą się uczyć. Pademba to miejsce pełne sprzeczności – biedy, bólu i nadziei. Każdego dnia wychodzę z więzienia wolna. Tylko czy naprawdę wychodzę? Między murami Pademba zostają moi ludzie – uczniowie, przyjaciele, bracia, synowie. Ten tekst jest o nich. O nauce, która daje sens. O relacjach, które leczą. O talentach, które rodzą się w najmniej oczywistych miejscach. O wierze i rozwoju za kratami.

Za mną już ponad pięć miesięcy misji. Często jestem pytana o liczbę osadzonych – około 1700-1800 – tylko że dla mnie oni dawno przestali być numerami, to konkretni ludzie. Patrząc na nich, myślę: mają tak niewiele, a dzielą się wszystkim. Czystą wodą, świeżo pieczonym chlebem – moi uczniowie przynoszą mi to, aby okazać troskę. Chronimy się nawzajem i opiekujemy się sobą.

Każdego dnia wychodzę wolna z więzienia – tylko czy na pewno wychodzę? Wielokrotnie ludzie z zewnątrz żartują, pytając, czy wypuszczono mnie za dobre sprawowanie, czy dostałam przepustkę. Czasem mówią wprost: „Ty jesteś jedną z nich”. Pracuję w Pademba Road Prison we Freetown, w miejscu, gdzie bieda, przeszłość i nadzieja splatają się w jedno, gdzie wspólnie pracujemy na lepsze jutro.

Przyjechałam na roczną misję jako wolontariuszka. W tych murach jestem nauczycielem, mentorem, “siostrą”, “mamą”, przyjacielem. Pademba to nie tylko mury i kraty, to przede wszystkim ludzie – więźniowie, strażnicy, pracownicy socjalni i ja. Czuję się częścią więziennej społeczności, a wszyscy wokół mi to mówią.

Najsilniejsze wrażenia w Pademba nie płyną z dramatów – chociaż ich nie brakuje – ale z codziennych, drobnych gestów. Gesty, które w wolnym świecie wydają się bez większego znaczenia, w więzieniu budują więzi i poczucie wspólnoty. Każdy cichy gest zbliża nas do siebie. Więźniowie dbają o to, abym miała wodę, przynoszą mi, jak mawiam, „najlepszy chleb w Sierra Leone” – pieczony w więzieniu (naprawdę smaczniejszy niż jakikolwiek jedzony przeze mnie tutaj na wolności). Wiem, jak ciężko tutaj z posiłkami, dlatego takie gesty chwytają za serce. Alpha wręczył mi przepiękny prezent – butelkę z plecionką zrobioną z reklamówek jednorazowych. Wykonanie takiej plecionki zajmuje wiele godzin. Nigdy nie poprosił o nic w zamian. Jak powiedział, chciał docenić to, ile otrzymuje dzięki tym zajęciom.

Koresponduję też z częścią osadzonych, także spoza moich klas, piszemy listy. Dostaję kawałki papieru, kawałki okładki, pełne wyznań, próśb. To zaufanie jest dla mnie największym darem. Czytam: „Czy możesz być moją siostrą?”, „Czy będziesz moją mamą?” – to wzruszające pytania. Nie zawsze odpowiedzi są łatwe. Nie zastąpię im rodziny, mogę być jednak osobą, która jest blisko, wspiera i słucha. Ci ludzie nie potrzebują litości, potrzebują relacji. To boli i przypomina, jak bardzo podstawowych rzeczy im brakuje – troski, obecności, poczucia, że ktoś o nich pamięta. To dorosłe osoby, ale często z historiami tak naznaczonymi stratą, że prośba, bym się nie odsunęła, bym była kimś na wzór członka rodziny, jest dla nich prośbą o elementarne poczucie bezpieczeństwa.

Christian nie ma rodziców, została mu tylko młodsza siostra. Richard też stracił rodziców, ma tylko wujostwo, które kompletnie się nim nie interesuje. Abdul w tym roku stracił mamę i też jest już sierotą. Tamba nie miał nigdy odwiedzin, przez 7 lat, bo podróż do Freetown jest za droga dla jego mamy, która samodzielnie sprawuje pieczę nad pozostałym sześciorgiem rodzeństwa, tata nie żyje. Takich historii jest mnóstwo. Wielu osadzonych nie ma rodziny, nie ma nikogo, kto czeka, kto dzwoni. Są wrażliwi, zaakceptowali swój los, ale rozpaczliwie chcą czuć, że mają kogoś bliskiego, przed kim mogą się odsłonić. 

Ważne są dla mnie ich listy, rozmowy, które odbywamy w przejściach między strefami lub po zajęciach. Wspólne świętowanie urodzin to chwile, w których mogą poczuć normalność. Część moich uczniów z wyprzedzeniem informuje mnie o urodzinach, jednak nie wszyscy są tacy śmiali. Pamiętam błyszczące radośnie oczy Fatomy, gdy wychodził z zajęć szczęśliwy, po tym jak poprosiłam wszystkich, byśmy odśpiewali Happy Birthday dla niego. Jak się dowiedziałam? Podczas zajęć z Excel – pokazywałam grupie, jak wykonać licznik dni do ważnego wydarzenia, zasugerowałam, że to mogą być urodziny. W praktyce pracuję też z każdym indywidualnie – podchodzę, sprawdzam lub pomagam. Podczas pracy z Fatomą upewniłam się, czy tak miało być, czy jego urodziny są dzisiaj. Potwierdził. Moja reakcja była naturalna – ucieszyłam się, złożyłam mu życzenia i poprosiłam grupę, by mi pomogła z piosenką. Skończyliśmy zajęcia w świetnych nastrojach. Następnego dnia przekazałam Fatomie Cudowny Medalik jako prezent urodzinowy. 

Troszczymy się o siebie wzajemnie w sposób szczery, niewymuszony, często też dyskretny. Zdarza się, że kiedy ktoś „groźny” próbuje nawiązać ze mną kontakt, moi uczniowie lub strażnicy go przeganiają. Wielu moich uczniów i zaprzyjaźnionych więźniów, ze względu na lata spędzone tutaj – 6, 7, 9, 15 – dobrze zna współwięźniów, więc wyjaśniają mi potem, dlaczego blokują takiej osobie kontakt ze mną. Przypominają: „Nie wszyscy tutaj są dobrzy”, „Niektórzy są niebezpieczni”. Czuję się jednak bezpieczna, może to sprawka właśnie takich moich „ochroniarzy”, którzy są moimi dodatkowymi oczami, a może przebywanie w naszej wspólnocie zamazuje mi ten brutalniejszy wymiar więzienia.

Program edukacyjny w Pademba przynosi realne efekty. Więźniowie nie tylko uczą się Worda i Excela, ale także uczą się ufać swoim umiejętnościom i wierzyć, że mają talenty. Nie zatrzymujemy się na programach biurowych, ale do tego jeszcze wrócę.

Edukacja w Pademba nie jest dodatkiem do dnia – dla wielu jest jego sensem. Więźniowie zyskują umiejętności przydatne w pracy po opuszczeniu więzienia. Kurs MS Word rozpoczęliśmy od podstaw, stopniowo przechodząc do bardziej zaawansowanych funkcji: formatowania dokumentów, układu strony, wstawiania obrazów, znaków wodnych i tabel, budowania spisu treści oraz używania wewnętrznych linków, odwołań, podpisów do tabel i obrazów. Uczyliśmy się, jak tworzyć jasne i profesjonalne dokumenty, które mogą być przydatne w przyszłej pracy lub edukacji.

W ostatnim wpisie o Pademba podzieliłam się wieścią, że moi uczniowie przyszli do mnie z prośbą o egzamin. Do egzaminu podeszły dwie grupy więźniów – niemal wszyscy (19 z 20; jeden uczestnik nie powrócił po wypadku i hospitalizacji) – oraz trzej uczestnicy z grupy mieszanej strażników i pracowników socjalnych (grupa rotująca, z trzonem składającym się z pięciu pracowników służby więziennej i dwóch pracowników socjalnych).

Frekwencja na kursie z Worda była wysoka, a zaangażowanie ogromne – w trudnych warunkach, przy chorobach, wyjazdach na rozprawy czy trudnościach z dotarciem do pracowni (dlatego wprowadziliśmy ID card, by ułatwić przejścia między strefami w więzieniu). To mówi samo za siebie.

Po zakończeniu kursu przeprowadziłam egzamin na poziomie średniozaawansowanym, obejmujący materiał wymagany na międzynarodowych egzaminach w tym obszarze. Ustawiłam próg zaliczenia na 75% – zgodnie ze standardami zewnętrznymi. Wszyscy, którzy przystąpili do egzaminu, zdali. Dla mnie – jako nauczyciela – była to ogromna radość. Dla nich – potwierdzenie, że potrafią więcej, niż początkowo myśleli.

Egzamin odbywał się w języku angielskim. Język angielski jest językiem nauczania, egzaminów i dokumentów – tak wygląda system edukacji w Sierra Leone. Nie oznacza to jednak, że jest dla nich łatwy. Wielu z nich na co dzień posługuje się krio lub lokalnymi językami. Warto spojrzeć szerzej: współczesne wyniki WASSCE z języka angielskiego w Sierra Leone są alarmujące – tylko 11,77% kandydatów uzyskało oceny od A1 (excellent – najwyższa ocena) do C6 (credit – wynik satysfakcjonujący), a aż 63,02% nie zdało. To nie są statystyki moich uczniów – to obraz całego systemu edukacji.

Fakt, że moi uczniowie w więzieniu przystąpili do egzaminu w języku angielskim, na poziomie średniozaawansowanym, z progiem 75% i zdali, ma ogromne znaczenie. Pokazuje, że wspólnie przełamujemy bariery, które dla wielu w tym kraju wydają się nie do przeskoczenia. Wręczenie certyfikatów miało miejsce podczas nabożeństwa w więziennym kościele – publicznie, w obecności wszystkich beneficjentów programów Don Bosco Fambul w Pademba.

Po Wordzie przeszliśmy do kursu MS Excel, który rozpoczęliśmy 4 listopada. Dla większości uczestników arkusz kalkulacyjny, komórki i formuły były czymś zupełnie nowym.  Dziś pytają: „Kiedy kolejna funkcja?”, „Co będzie następne?”. 

Zaczęliśmy od podstaw: typy danych, grupy liczbowe, AutoFill, kopiowanie danych przy pomocy uchwytu wypełniania. Proste ćwiczenia, listy zakupów, wyniki egzaminów, pierwsze sumy. Krok po kroku wprowadziłam funkcje SUM(), CONCATENATE(), kopiowanie formuł. Potem przyszły tabele, MIN(), MAX(), formatowanie warunkowe. Uczyliśmy się nie tylko, jak policzyć, ale jak zobaczyć dane. Jak sprawić, by arkusz „mówił” kolorem. 

W praktycznych zadaniach – listach obecności, rejestrach, dziennikach, zestawieniach – zaczęli rozumieć, że Excel to nie abstrakcja, ale narzędzie, które porządkuje rzeczywistość. Praktykowaliśmy z funkcjami daty i czasu: TODAY(), NOW(), YEAR(), MONTH(), DAY(), WEEKDAY(). Ćwiczyliśmy na przykładach z życia: ile dni do wydarzenia, raporty. Realne sytuacje, realne zastosowania. Jednym z trudniejszych momentów było wprowadzenie znaku $ i rodzajów odwołań do komórek: względnych, bezwzględnych, mieszanych. Widziałam skupienie, pytania i ten moment, kiedy nagle słyszę: „Aaa, rozumiem!” lub „Excel jest łatwiejszy niż Word”. Te chwile są bezcenne. 

Przeszliśmy przez funkcje logiczne IF(), AND(), OR(), funkcje liczące COUNT(), COUNTA(), COUNTIF(), a potem SUMIF() – arkusz przestał być tabelą, a stał się narzędziem do podejmowania decyzji. Tworzyliśmy tabele obecności pracowników, wyzwania czytelnicze, budżety podróży, listy zakupów, dzienne kalorie, sprzedaż w księgarni. Wstawiliśmy wykresy. Proste, czytelne, bo nie chodzi o efekt, ale o zrozumienie. O to, by umieli pokazać dane, a nie tylko je zapisać. 

Poznają skróty klawiszowe i uczą się sprytu, jak coś zrobić szybciej, prościej. Dla nich to ogromna satysfakcja, kiedy widzą, że potrafią „jak profesjonaliści”. Rozumieją, że to narzędzie do pracy, bardzo ułatwiające planowanie i wizualizację efektów, że to może im się przydać na wolności.

Aktualny poziom kursu – jesteśmy w przejściu z poziomu początkującego do niższego średniozaawansowanego, ale patrząc na ich zaangażowanie, frekwencję i pytania, wiem, że zrobimy kolejne postępy. Czterech studentów ma 100% obecności. Dziesięciu – powyżej 90%. Początkowo grupa liczyła 19 uczestników, obecnie 18 – Amara został zwolniony z więzienia w trakcie kursu. I znowu wracam do tego samego: oni chcą się uczyć, proszą o kolejne zadania, robią notatki. I znowu – to oni przyszli z inicjatywą: „Chcemy egzamin z Excela. I certyfikat”. Dla nich ten kawałek papieru nie jest formalnością, oni znowu myślą o swojej przyszłości.

Moi uczniowie wielokrotnie wypowiadają się o mojej pracy, że jestem cierpliwa, że tłumaczę jasno, że buduję w nich pewność siebie. Tymczasem oni każdego dnia uczą mnie, czym jest determinacja. Dzięki nim mam tyle energii i motywacji.

Codziennie walczymy ze sprzętem. Laptopy w więzieniu są niezbędne ze względu na przerwy w dostawie prądu, ale ich stan stanowi wyzwanie. Kilka ma wyeksploatowaną baterię, część problemy hardware’owe z klawiaturą – radzimy sobie poprzez klawiatury zewnętrzne na USB. Ze względu na brak Wi-Fi aktualizacje systemu oraz pakietu MS Office nie są realizowane automatycznie. Parametry sprzętowe nie pozwalają na przejście na Windows 11, a obecny pakiet MS Office 2016 działa niewydolnie. Word rzadziej wykazywał zamrożenia programu, ale Excel często ulega awariom przy tworzeniu wykresów lub stosowaniu formatowania warunkowego. Podczas zajęć problem jest istotny: korzystamy z funkcji autoodzyskiwania nawet kilka razy na jednym stanowisku.

Przygotowuję zajęcia i drukuję materiały. Gdy kończy się tusz – moi uczniowie zawsze ponaglają mnie o zakup nowego, gdy jakość wydruków spada. Można by powiedzieć – roszczeniowi, ale dla nich te materiały są bardzo ważne. Jeśli coś się nie dodrukuje, poprawiają długopisem lub proszą o nową kopię, jeśli to możliwe. Usłyszałam kiedyś pytanie: „Po co tyle drukujesz? Oni pewnie używają papieru do skręcania fajek”. Odpowiadam: „Nie oni, nie moi uczniowie”. Ich szacunek do materiałów potrafi wprawić w osłupienie. To też stało się podwaliną do zakupu teczek dla nich, ale na tym nie skończyłam – robią notatki, dopisują to, co dopowiadam. Zauważyłam to i stopniowo rozszerzyłam doposażenie o zeszyty i długopisy dla wszystkich moich uczniów. Szczególnie w zakresie notatek wyróżnia się Alusine – może się to wiązać z pragnieniem, które się w nim wzbudziło: w przyszłości chciałby nauczać technologii informatycznych. I kiedy widzę, jak dorosły mężczyzna z uporem pilnuje notatek, przepisuje każdą formułę do zeszytu i prosi: „Emi, can you check this?” – to wiem, że to ma sens.

Kiedyś zastanawiałam się, czy powinnam ograniczyć drukowanie, aby nie obciążać własnych oszczędności, wszak dla mnie to rok bez wynagrodzenia. Wtedy przyszła myśl, że jestem tu tylko rok i nie chcę wracać z przeświadczeniem, że mogłam zrobić więcej. Są też momenty pięknego zaskoczenia – nieoczekiwane wsparcie przyjaciół i rodziny. Nawet jeśli to wsparcie dotyczy wydatków na innych podwórkach – oratorium, ulica i slumsy, daje mi więcej oddechu. Praktycznie comiesięczne zakupy tonera, papieru i innych artykułów, czy drobne prezenty dla więźniów, nie chcę z tego rezygnować.

Trosk jest jednak więcej. Brakuje podstawowych środków higienicznych, odzieży, obuwia i jedzenia – mimo jednego posiłku z projektu salezjańskiego od Don Bosco Fambul. Na święta sprawiłam moim grupom paczki: osadzonym – pasta do zębów, szczoteczka, mydło. Odczuli dużą ulgę, bo większość od kilku dni, a u niektórych tygodni, nie mieli już żadnych zapasów. Strażnikom podarowałam skarpetki – od razu włożyli je na stopy, ale szybko zdradzili mi, że oni też potrzebują pastę, szczoteczkę i mydło. Wypłaty dla służby więziennej są niewielkie.

Powiedziałam wcześniej – nie zatrzymujemy się na programach biurowych, właśnie dlatego część z moich uczniów uważa mnie za mentora. 

Zachęciłam Desmonda, by pisał na laptopie – dziś mamy gotową książkę, która może kiedyś doczeka się publikacji, czego z całego serca mu życzę. Ilekroć zgrywałam na pendrive kolejne urywki jego historii, byłam pewna, że ma talent. Nieraz siedziałam wzruszona i pisałam kilka słów o odbiorze jego historii, co warto rozwinąć, jak jestem dumna z niego. Warunki, w których tworzył, były ekstremalne – pisał przed rozpoczęciem zajęć, w każdej wolnej przestrzeni, kiedy wyrobił się z zadaniami w ramach kursu. W głowie miałam myśl: „mógłbyś tylko pisać”, ale widziałam, że na kursie też mu zależy. Dałam mu zeszyt typu dziennik, sugerując, że to pomoże tworzyć bez ograniczeń czasowych i presji, a z przepisywaniem mu pomogę. Desmond bardzo docenił to, co dla niego zrobiłam – odparł, że mój czas jest dla niego bardzo cenny, dlatego nie chciał mnie tym obarczać. Samodzielnie wprowadził wszystko do wordowskiego pliku. Pamiętam jego głęboki smutek, kiedy napisał na karteczce: „nie dołączę dziś do zajęć” i chciał się oddalić bez słowa. Zwykle wiadomości czytam po zajęciach, ale tę odczytałam od razu, bo był przygnębiony. Laptop, na którym powstawała książka, nie uruchamiał się, a Desmond był już blisko jej ukończenia. Porozmawiałam z nim, oddałam sprawny laptop do pracy i powiedziałam, że sprawdzę ten, który sprawiał kłopoty. Został. W trakcie zajęć spróbowałam uruchomić maszynę, by odzyskać jego pracę, działając równocześnie z całą grupą. Dopiero pod koniec zajęć mogłam przekazać mu dobre wieści: „mamy Twoją książkę, już nie musisz się martwić”. Oczywiście zgraliśmy ją na pendrive – znowu na wszelki wypadek. Na ten moment pendrive i książka są już z Desmondem. Pamiętam też jego przywiązanie do detali – opowiadał mi o wyobrażonej okładce, elementach graficznych do rozdziałów, ogarniałam to po powrocie na Fort Street. Prosił mnie o pomoc w kwestiach edytorskich, ale także starałam się pokazać mu, jak wpasować tekst w standardy wydawnicze, aby mógł się przy okazji uczyć.

Mam w klasie rapera. Mohamed oprócz notatek do zajęć w zeszycie zaczął spisywać swoje piosenki w krio. Wkrótce nam je zaprezentuje.

Ibrahim bardzo łatwo przyswaja programy komputerowe, jest jednym z najzdolniejszych uczniów na moim kursie, ale ostatnio odkrył przede mną także swoją artystyczną stronę. Zaczęło się od kalendarza dla przyjaciela współwięźnia. Przygotował go na urodziny kolegi i poprosił mnie o wydruk. Kilka dni później zauważył drobną pomyłkę – w jednym z miejsc zamiast „Happy Birthday” napisał „Happy Christmas”. Nie miał dostępu do pracowni, bo byliśmy po zajęciach, ale wypatrzył mnie, przyniósł wydruk i powiedział o pomyłce. Uparł się, bym wzięła ten poprzedni egzemplarz – dopiero później zrozumiałam dlaczego. Na kalendarzu zostawił wiadomość do mnie, której odczytanie przesunęłam na moment wyjścia za mury. Pisał, że niedługo ma urodziny i że chciałby nauczyć się dobrze rysować. Do wiadomości dołączył rysunek – kobiecy portret – oraz listę marzeń: blok, ołówki, temperówka, gumka, kredki. Były też słowa wdzięczności za nasze lekcje, bo komputer nieustępliwie pozostaje dla niego ważny. Postanowiłam spełnić jego marzenia i przygotowałam wyprawkę dla artysty.

Abdul jest grafikiem komputerowym i fanem wszelkiej nauki. Abdul tworzy grafiki oraz ozdobne kalendarze dla żony i córki z pięknymi wyznaniami do nich. Zawsze prosi mnie o wydruki. To jeden z nielicznych moich uczniów, który ma widzenia. Raz, pomiędzy wydruki, wrzuciłam taśmę naklejek – pomyślałam, że to będzie miły dodatek do jego prezentu – kalendarza dla córki, którą bardzo kocha. Kiedy się zorientował, przyszedł w trakcie moich zajęć z kolejną grupą i upewniał się czy wiem, że dałam mu te naklejki, że może mi się to zawieruszyło. Wyznałam, że taka była moja intencja, że są dla jego córki. Promieniał na myśl, że obdaruje córkę. Następnego dnia zapytał, czy mam więcej, bo współwięźniowie bardzo go o to pytają. Przyniosłam im oczywiście te naklejki. Nazwałam go fanem wszelkiej nauki, bo z pewnością należy do osób ambitnych. Potrafił wypisać mi kilka lub kilkanaście tytułów, które chciałby przeczytać – od podręczników do ekonomii, zarządzania, rachunkowości, marketingu, przez Konstytucję Sierra Leone, dzieła Nelsona Mandeli i inne pozycje. Staram się mu z tym pomagać na miarę możliwości. Był też pierwszą osobą, która poprosiła mnie o Biblię. Najpierw otrzymał wersję elektroniczną, a później – wraz z nadejściem urodzin – wydanie papierowe.

W sumie zostawiłam w więzieniu cztery Biblie – dla Abdula, Richarda, Tamby i jedną „przechodnią”. Spełniłam marzenie Richarda i Tamby, którzy niezależnie i w różnych momentach poprosili mnie o Pismo Święte – Stary i Nowy Testament. Richard, kiedy otrzymał swój egzemplarz, obiecał pamiętać o mnie i modlitwę za mnie. Tamba wcześniej opowiadał mi, jak bardzo Biblia pomaga im w celi. Zależało mu na tym, by w Biblii były odniesienia, aby mógł na bieżąco sprawdzać i studiować powiązania między księgami. Kiedy już otrzymał swoją Biblię, nie rozstaje się z nią, ponieważ obawia się kradzieży – mówi, że to się tu zdarza. Kiedy prowadzę zajęcia ze strażnikami i pracownikami socjalnymi, często widzę go przy stole w kącie sali, studiującego Pismo Święte. Kiedy opowiada, jak słowa powiedziane w jednych księgach pokrywają się z tymi w innych, jak się uzupełniają albo wypełniają… robi to z taką pasją, że nie jeden agnostyk zacząłby czytać Biblię. Tamba ma w sobie niezwykłą prostotę i dziecięcą radość, które – patrząc na jego staż w tym miejscu – mogą być tylko owocem Ducha Świętego.

Życie religijne w Pademba to coś pięknego. Więźniowie uczestniczą w katechezach, niektórzy przygotowują się do sakramentu chrztu, a dla niektórych miłość do Pisma Świętego narodziła się dopiero w tym miejscu. Chrześcijanie bardzo chętnie noszą na szyi różańce. Desmond jest osobą, której rękami rozdaję te różańce w więzieniu – wiem, że robi to bardzo dobrze, bo mijam mnóstwo osadzonych z nimi na szyi. W pewnym momencie oddał nawet swój prywatny, kiedy ktoś go poprosił, ale szybko zareagowałam kolejną dostawą. Dzielę obmodlone różańce dzięki wsparciu Domu Pięknej Miłości – procentuje ono na więziennym dziedzińcu. Piątkowa Msza Święta to kolejny obraz radości i poczucia wspólnoty. Kościół jest zawsze wypełniony po brzegi, pieśni są energiczne, a atmosfera niezwykle żywa. W niezaplanowany sposób stałam się nawet częścią więziennego chóru, a w okresie świątecznym nauczyłam się trzech kolęd w krio.

Uwielbiam być z nimi. Ich skromność, wdzięczność i radość z drobnych gestów są nie do opisania. Pademba to miejsce pełne kontrastów: surowe mury, trudne warunki życia i niespodziewane zdarzenia. Ale to też miejsce nadziei, gdzie edukacja staje się mostem do lepszego jutra. Dla mnie misja w więzieniu jest najbardziej odczuwalna. To tutaj czuję, że moja praca ma realny wpływ na ludzi, których los postawił w trudnych okolicznościach, a mimo to potrafią wierzyć, uczyć się i dzielić dobrem. Widzę w nich dobro, mimo cierpienia i błędów przeszłości. W więzieniu nie zmieniam świata, ale mogę być dla kogoś, kto potrzebuje szansy. Trudny jest ten początek roku – z wiedzą, że dla projektu kończy się finansowanie. Nie poddajemy się, bo to nie jest projekt – to jest wspólne życie. To nie beneficjenci – to moi ludzie. Między murami przekonałam się, że resocjalizacja zaczyna się tam, gdzie ktoś przestaje być numerem, a znowu staje się człowiekiem.

Emi