LEKCJA Z WAU
Posted on |

W Sudanie Południowym, kraju zmagającym się ze skutkami konfliktów zbrojnych, uznawanym za jeden z najbiedniejszych na świecie, w miejscowości Wau, w większości pozbawionej elektryczności i dostępu do bieżącej wody, mieszka Irene. Ma 12 lat i chodzi do szkoły Auxilium, prowadzonej przez salezjańskie siostry zakonne.
W szkole nie ma godnych warunków do nauki. Klasy liczą od 45 do 60 osób. Przypominają stary garaż lub piwnicę. Stoją w nich stare, zniszczone metalowe ławki, jakich w Polsce już nie zobaczymy. Ściany są brudne, obdrapane. Wisi na nich krzyż, obraz Maryi z napisem “Mary Help of Christians” i zużyta tablica kredowa. Na stoliku leży stara szmatka, a na ziemi resztki kredy. To całe wyposażenie. Nie ma podłóg, światła ani gniazdek. (nadziei też niezbyt wiele) W „oknach”, czyli w blaszanych otworach są kraty. Toalety to dziury w ziemi oddzielone blachami. Samo przejście obok nich wzbudza odruch wymiotny.
Irene każdego dnia otrzymuje jeden ciepły posiłek. Jest to zazwyczaj brązowo-żółta papka, podawana w wiadrze przypominającym pojemnik do karmienia zwierząt. Każdy dzień zaczyna apelem. Mijamy ją wtedy co rano. Początkowo nie wyróżnia się niczym spośród tłumu dzieci, ale po kilku dniach zauważamy, że pomaga siostrze przy rozpoczęciu dnia – otwiera biuro, organizuje porządek na apelu, przynosi głośnik. Mam wrażenie, że ogarnia więcej niż nauczyciele. Z czasem pomaga też mnie i Idze otwierając okna, z którymi zawsze się siłujemy i kaleczymy ręce. Ma włosy splecione w warkocze (to szkolny wymóg), niebieski mundurek i plastikowe balerinki. Jest drobna i chudziutka. Każdego dnia wita nas uśmiechem. Machamy do niej od razu, gdy tylko przekraczamy bramę Auxilium.
Organizujemy w szkole taneczno-integracyjną przerwę, która trwa aż 40 minut. To ogromne wyzwanie przez upał, dziesiątki dzieci, brak mikrofonu. Raczej się nie poddajemy, choć zdarzają się chwile (albo dni), gdy mamy dość. To się zmienia, gdy dołącza do nas Irene. Widząc nasz trud, sama zaczyna pomagać. Tłumaczy młodszym dzieciom zasady gier na arabski, pokazuje, gdzie mają stanąć. Jest stanowcza, ale przy tym ciepła i serdeczna. Widać, jak bardzo się stara, mimo że nikt jej o to nie prosił. Nie rozdajemy nagród. Irene wie, że nic nie dostanie w zamian, a mimo to poświęca swój czas, by pomóc nam i swoim rówieśnikom. Jesteśmy jej za to niesamowicie wdzięczne. Z Igą nazywamy ją między sobą aniołem.
Spotykamy ją też na oratorium. Zawsze zaangażowana, uśmiechnięta, obecna. W szkole uczymy ją grać na ukulele. Ma doskonały słuch i bardzo szybko łapie akordy. Choć wokół panuje hałas, potrafi się skupić. Gdy pytam, czy chce już skończyć, prosi, żebyśmy kontynuowały. Za każdym razem dziękuje. Jest w tym wszystkim taka pokorna.
Z czasem dowiadujemy się, że jej tata, Edmund, jest nauczycielem w tej samej szkole. To prawa ręka siostry Haturky – dyrektorki Auxilium. Znamy go dobrze, często pomaga nam w różnych sprawach, uczestniczy w szkoleniach, jest zawsze życzliwy i zaangażowany. Nie wiedziałyśmy jednak wcześniej, że Irene to jego córka. W szkole nie ma z tego żadnych przywilejów. Jest traktowana jak każda inna uczennica. Rozmawiamy z Edmundem o Irene, o jej potencjale. Pytamy, gdzie będzie kontynuować naukę. Odpowiada, że w szkole św. Ignacego Loyoli. A potem? Studia? Mówi, że chciałby dla swoich dzieci jak najlepiej, ale jest świadomy swoich zarobków i ograniczonych możliwości. To oznacza, że dziewczynka najprawdopodobniej zakończy swoją edukację na drugim etapie.
Kiedy zbliża się mój wylot, w drugiej szkole w St. Joseph, siostry organizują dla mnie pożegnanie. W Auxilium, przez trwające egzaminy, nie mam takiej okazji. W ostatnią sobotę przed wyjazdem odbywa się jednak oratorium. Jest tam Irene. Spędzamy razem czas, a ja czuję, że serce mi pęknie przy pożegnaniu. Pod koniec spotkania mam jeszcze chwilę na apel z uczennicami, by powiedzieć im o wyjeździe. Zanim to następuje, podbiega do mnie Irene. Ze łzami w oczach pyta, czemu nie powiedziałam wcześniej, że wyjeżdżam, i czy nie chciałam się pożegnać. Mówi, że będzie tęsknić, płacze. Przytulam ją mocno, mówię, żeby o siebie dbała, że jest mądra, potrzebna i żeby w siebie wierzyła. Staram się ją ukochać. Na apelu widzę spływające jej łzy po policzkach.
Iga przejęła rolę nauczycielki uku. Już z Polski dostaję filmiki, na których Irene gra piosenki. Świetnie jej idzie. Iga prowadzi też sprawozdanie z wyników egzaminów – Irene jest druga najlepsza w szkole.
Myślę o niej bardzo często. Widzę w niej ogromny potencjał – rzetelność, mobilizację, chęć pracy, systematyczność, talent muzyczny, zdolności organizacyjne i przywódcze. W Polsce byłaby pewnie przewodniczącą szkoły, wyróżnianą za osiągnięcia w nauce i muzyce. Widzę ją na studiach, na dobrej uczelni, widzę, jak osiąga szczyty.
Ale niestety, mimo swojej siły, zdolności i pracowitości, Irene nie jest kowalem swojego losu. Nikt nim nie jest. Można być najzdolniejszym dzieckiem, mieć ojca nauczyciela, być zaangażowanym i pracowitym, a i tak nie mieć środków finansowych, by rozwijać swoją ścieżkę edukacyjną czy żyć w godnych warunkach. Irene ma w sobie więcej determinacji, niż niejeden dorosły, którego znam, ale to wciąż za mało, by zmienić wszystko. Bo jej codzienność to nie wybór, to punkt wyjścia, z którym przyszło jej się mierzyć.
Nie decydujemy o tym, czy urodzimy się w Afryce, w glinianej chatce w skrajnym ubóstwie, czy w Warszawie – w dobrze sytuowanej rodzinie z perspektywami. Jak powiedziała Iga: łatwo chwycić się jakiegoś prostego powiedzonka i ślepo za nim podążać. Ma rację.
Patrycja
