Lekcja 3: We wspólnocie lepiej smakuje

Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję posmakować czegoś tak bardzo, że na długo Wam to zapadło w pamięć, że nawet samo wspomnienie wywołuje uczucie sytości i szczęścia (nie, tym razem nie mam na myśli ziemniaków 😛 ). Nie wiem także, czemu akurat zmysł smaku taki ostatnio u mnie wyostrzony. Przyznaję, apetyt mam całkiem niezły 🙂 ,może Kaja z Manią nie uwierzą, ale w tym roku zdarzyło mi się objadać indzierą i nawet koczo w ostatnią sobotę smakowało. Na szczęście jeszcze garderoby zmieniać nie muszę. Fascynuje mnie jedynie, jak łatwo można od Nie-smaku przejść do Roz-smakowania.

Rozsmakowałam się w wielu aspektach życia.

Smakuje modlitwa. Najpiękniejszym jest chyba ta wielojęzyczna. To niesamowite, choć czasem niezwykle zabawne, jak o 6 rano, kiedy ja nawet zdania po polsku sklecić nie potrafię poprawnie, „każą” mi się modlić po angielsku. Bóg jeden wie, co ja Mu każdego dnia opowiadam 🙂 . Wierzę jednak, że Duch Święty translatorem jest wyśmienitym. Uwielbiam ten czas, kiedy wspólnie, bez względu na kraj i język, jednym głosem wołamy, śpiewamy, szepczemy, prosimy, przepraszamy i dziękujemy…

Smakuje tu niebywale przyroda. Każdego dnia wita nas ćwierkanie ptaków i brzęczenie owadów. Co prawda mniej smakowitą nowinę przyniosła mi ostatnio siostra Roshini (dla zmylenia chyba z uśmiechem na ustach), co bym sama nie wychodziła po zmroku, bo aktualnie hieny pojawiły się w okolicy i także u nas do ogródka zawitały, a i Iyasu dołożył swoje trzy grosze, informując, że tak, pająków ci u nas dostatek… Bez względu na wszystko nadal obstaję, że przyroda tu piękna i soczysta. Błękitne niebo rozpoczyna nasz dzień, a granatowe, rozgwieżdżone jak nigdzie, żegna po intensywnych przeżyciach. Zieleń zapiera dech w piersiach, wiatr suszy włosy miast suszarki, a deszcz (choć skąpy w tym roku) chłodzi skórę rozgrzaną słońcem.

Smakuje woda. Nie spodziewałam się, że gorący prysznic może być taki pyszny. Może to dlatego, że ostatnio miałam okazję posmakować „kąpieli” w zimnej wodzie? To akurat zdarzyło się w dzień, kiedy przed wyjazdem do odległej parafii pomagałam siostrze Anili i dziewczynom, które musiały w chłodny dzień wymyć się w zimnej wodzie. Aż dreszcze miałam, jak na nie tak sobie patrzyłam, myśląc: „Oj, jakie one biedne”. Nie minęły dwie godziny, a siostry także i mnie przeprosiły i poinformowały, że popsuła się pompa, więc i mnie czeka ta przyjemność. „No, jak trzeba, to trzeba” – pomyślałam, zacisnęłam zęby i poszłam zmierzyć się z mym przeznaczeniem (nie wiem, czy wspominałam, ale nie znoszę zimnej wody!). Jakaż ja byłam z siebie dumna, jakaż szczęśliwa… dopóki… Dopóki Adrian nie wrócił wraz z księżmi z Chamballali i dopóki księża Ci nie włączyli generatora, i dopóki Adrian nie wykąpał się tak po prostu w przepysznej, gorącej wodzie… Cóż, szybko uczę się na błędach i polubiłam się z generatorem. Zawsze na niego czekam 🙂 . A co do wody… naprawdę jest „przepyszna”! Spróbujcie jej posmakować 🙂 !

Smakuje energia ludzi. Kiedy coś robią, robią to sercem całym. Czy dobrego, czy też nie, bez różnicy. Śpiew na Eucharystii odbija się echem jeszcze długo po jej zakończeniu. Może rejestr dźwiękowy nie należy do moich ulubionych, a moc jest zbyt ekspresyjna, to jednak entuzjazm nadrabia wszystko. Dawno nie widziałam tak prawdziwej i szczerej radości, jak w dzień, kiedy wreszcie spadł upragniony deszcz. Zewsząd otaczały mnie okrzyki zachwytu: „To błogosławiony dzień. To szczęśliwy dzień”. Kiedy ja się ostatni raz tak cieszyłam… Muszę to nadrobić 🙂 .

Niezmiernie smakuje to gościnność. Za każdym razem przecieram oczy ze zdumienia, ile osób się tu odwiedza. Drzwi domu księży i sióstr są nieustannie otwarte. Co jakiś czas pojawia się nowy gość, dla którego znajduje się miejsce przy stole. A i my, kiedy jeździmy z abbami pracować w tutejszych kaplicach, korzystamy z tej gościnności. Otwarte serce, oznacza otwarty dom. Dom wypełniony śmiechem, przekomarzaniami (np. kenijsko-holandzkimi 🙂 ), trudnymi rozmowami o przyszłości, troską, ciepłem, szczodrością… po prostu- pycha!

Ja mogłabym tak wymieniać pewnie bez końca, ale zważywszy, że pora późna, a i cierpliwość ludzka ma swoje granice, dziękuję za uwagę i życzę Wam smacznego (najlepiej życia 🙂 ).

Aga 🙂

PS Mamuś, nie musisz się martwić, bo nawet rosołek nam tu przygotowują. Nic tak nie rozgrzewa w chłodne afrykańskie wieczory jak ów bulion. Ale Ty oczywiście robisz najlepszy 😉 :* .

PS 2 Jak tam poszukiwania Hagirsa, udało Wam się złapać wraz z nami jakiegoś zająca?

PS 3 Nie uwierzycie, ale bez żelazka udaje mi się przeżyć. Tylko z uwagi na niedzielę korzystam z tej burżujskiej przyjemności 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.