Lekcja 1: Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane

1Minął rok odkąd po raz pierwszy przekroczyłam próg etiopskiej przygody. I znów jest to historia osnuta na niespodziankach. Już sam wylot okazał się pełny wrażeń. Nie będę się rozwodzić, bo nadal drży mi serce i nogi same uginają się na wspomnienie, wystarczy dodać, że i tym razem nasza misja rozpoczęła się od cudu… nikt bowiem nie miał nawet czasu zważyć nam bagażu, który (choć obliczany przy pomocy Paulowej wagi) znacznie przekroczył i ciężar, i wielkość.

Na szczęście, przy boskiej interwencji, dotarliśmy do Addis ze wszystkim, co udało nam się upchać w walizkach. Tam ukrył się nasz pierwszy zając. Ciężki dzięki hojności wielu osób, ale jakże przepełniony szczodrością.
Kiedy wyruszaliśmy ze stolicy, a ja obserwowałam obrazy przewijające się podczas naszej trasy, wydawało mi się, że czas stanął w miejscu. Te same drogi wypełnione samochodami, badziadziami, ludźmi, zwierzętami i kurzem; te same nasycone zielenią widoki; te same twarze, spoglądające ku nam z ciekawością i zazdrością; ta sama niepewność jutra, ten sam trud…
Z głową pełną tych rozważań dotarłam do Fullasy, parafii liczącej dwóch kapłanów (abbę Tsegaye i abbę Mulugetę), trzy siostry zakonne z Indii (siostrę Roshini, siostrę Sherly i Anilę), dwóch seminarzystów (Iyasu i Teshalę), 71 kaplic (w których księża posługują) i nieokreśloną liczbę wiernych. Minął rok… a tu nic się nie zmieniło.
Pierwszy tydzień był czasem rozeznawania, co mamy robić, gdzie i z kim. Udało nam się nawet ustalić wspólny rytm, bardziej etiopski niż europejski, ale pracujemy też nad tym. Dzień zaczynamy o 5.45, o 6 bowiem rozpoczynają się poranne modlitwy, a o 6.30 celebrowana jest Eucharystia. Potem udajemy się na śniadanie, po którym bawimy się z dzieciakami na boisku aż do obiadu (w międzyczasie musimy oczywiście skorzystać z gościnności i posilić się energetyczną kawą). Między 14 a 17 również spędzamy czas z dziećmi i organizujemy im rozmaite gry (tam poukrywały się kolejne zające ). O 18 zaczynają się nieszpory, a godzinę później mamy kolację. Potem pozostaje nam tylko przygotować się albo do snu, albo do dnia następnego. Ponieważ już 5 dni nie ma prądu, to nie żal iść spać o 22. Wszystko niby takie oczywiste.
Jakżeż mylne są jednak pierwsze wrażenia. Wiedziałam przed wyjazdem, że znanych
i ukochanych przeze mnie sióstr nie będzie, siostra Christina zmieniła bowiem placówkę,
a siostra Parasanna wróciła do Indii na studia, żeby potem lepiej służyć mieszkańcom Etiopii. Wiedziałam, że i Kibrum na praktykach pomagać będzie gdzie indziej. Wszystko to wiedziałam, ale jednak myślałam, że można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Nie można. Powitały nas uśmiechy nieznanych nam sióstr, kolację zjedliśmy u księży, a nie jak do tej pory w oswojonej już jadalni, nawet pokój miałam zmienić, ale Adrian wyrozumiałym okazał się być i wróciłam do siebie.

Zmieniło się wiele:
• posiłki jemy z księżmi, zatem tym razem w naszym gronie przeważają mężczyźni (aktualnie jest 5:1), ja zaś raczyć się muszę męską i logiką, i filozofią (kiedy się poskarżyłam, powiedziano mi, że siostry mieszkają obok, więc od tej pory siedzę cicho… no prawie cicho ;));
• smaki są mniej ziemiste, a bardziej swojskie; brakuje co prawda mleka, ale moja ziemia obiecana obfituje w tym roku ziemniakami i to w każdej postaci; nawet indziery kilkakrotnie skosztowałam i dobra była, bo podobno świeża (w stolicy się nie skusiłam po Adrianowym stwierdzeniu: „Gdyby nie było nic innego do jedzenia, to bym jadł” ); tylko koczo niezmiennie ODpycha;);
• pogoda jest ładna, jest sucho i gorąco, przeziębienia brak na szczęście, ale zapas teraflu czeka w pogotowiu;
• prądu nie ma prawie cały czas, generator tylko wieczorem pozwala cieszyć się światłem, o zasięgu przestałam marzyć ;
• staję się poliglotką, raz nawet po mojej wypowiedzi: „Galatemo but jellem” (w wolnym tłumaczeniu: „dziękuję, ale nie”), abba Mulugeta rzekł: „Agnes, świetnie, w jednym zdaniu użyłaś trzech języków”; zważywszy na moje lingwistyczne upodobania, to zaskakujące jest, że coraz więcej słów poznaję i nawet tak nie boli , powód jest prosty, Iyasu obrał mnie sobie za cel i ćwiczy rolę nauczyciela języków (co prawda Adrian stwierdził, że to smutne, że po powrocie do kraju znać będę „najważniejsze” terminy, takie jak: rabaszi nonte – nie przeszkadzajcie, czanczi ti nonte – nie krzyczcie, fuli – odpadasz, macziszi, macziszi – słuchajcie, słuchajcie, ale pocieszam się tym, że plebania rozbrzmiewa równie istotnymi polskimi zwrotami m.in.: proszę barzo, smasznego, Adriano i Agi (agi w sidaminia znaczy pić, więc czasem nie wiem, o które ze znaczeń chodzi;)), no i moim ulubionym – kukuryza :D).
Wiele na szczęście nadal pozostało na swoim miejscu. Najpiękniejszą niezmienną okazało się to, że od razu po wyjściu z pokoju staję twarzą w twarz z Najwyższym, nieustannie trwa w kaplicy naprzeciw mego pokoju. Siostry nigdy nie zamykają tam drzwi, więc jesteśmy bez przerwy pod czujnym okiem Ojca. Wspólne modlitwy stają się coraz bardziej wspólne. Angielski brewiarz, hinduskie melodie, polskie „Ojcze przedwieczny”, pozwalają nam poczuć się unite. Głosy sióstr, choć odmienne od poprzednich, nadal brzmią jak dzwoneczki rozbrzmiewające pragnieniem niesienia dobra. Najtrudniejszą niezmienną okazał się jednak zapach… zapomniałam już, że bieda pachnie. Ma też swój smak, gorzki i gryzący… Kiedy zaczęłam pisać, weszła akurat siostra Roshini i z ciekawością zapytała, co robię. Powiedziałam jej, że próbuję opisać, co tu się dzieje, co robimy i co widzimy. Wtedy siostra mocnym głosem oświadczyła: „Napisz im, napisz, jaka tu jest bieda. Napisz, że wszystkiego tu brakuje, przede wszystkim opieki zdrowotnej, lekarstw. Że ludzie tu umierają”. Nie ma deszczu, więc nie ma plonów, a co za tym idzie brakuje jedzenia. Jak to wszystko oddać w internetowym wpisie, jak otworzyć ludzkie serca na potrzeby innych, jak pomóc…? Łzy same cisną mi się do oczu, kiedy patrzę na te prześliczne, umorusane twarze i wiem, że jeśli nic się nie zmieni, to nie mają one nadziei na blask, na rozwój. Jak wzrastać, kiedy jest się głodnym? Bardzo biłam się z myślami w tym tygodniu, zastanawiałam się, czy to, co tu przynoszę, jest potrzebne. Czy jesteśmy w stanie coś zrobić? Czy jest jakaś szansa na poprawę? Czy to w ogóle kogokolwiek obchodzi? Pytałam Pana Boga po co i dlaczego. Smuciłam się, złościłam, martwiłam. I dziś przyszedł mi z pomocą święty Paweł. W drugim liście do Koryntian (w liście przede wszystkim do nas) przypomina, w jak wiele rzeczy obfitujemy, jak wiele dostaliśmy. Wzywa nas do ofiarności. Do gorliwości i gotowości. Już sama gotowość i gorliwość sprawiają, że przestajemy być obojętni. A jeśli tę gorliwość przekujemy w czyn, to razem z Panem Bogiem możemy wiele zdziałać. Powoli, ale wiernie. Cierpliwie. Może niezbyt to trafne i górnolotne porównanie, ale w naszej łazience popsuł się kran. Woda cały czas kapie. Siostry podstawiły pod kran dzbanek. Wydawało mi się to mało istotne, wręcz niepotrzebne. Ale jakże się zdziwiłam, kiedy wieczorem zobaczyłam, że jest on wypełniony po brzegi wodą. Kropla po kropli zapełniał się przez cały dzień. Aż wreszcie mógł się na coś przydać… Może jeszcze nie dziś zobaczymy owoce, może jeszcze nie dziś dostrzeżemy zmiany i poprawę, ale On wie (2 Kor 8,15)… Powiedział do Jaira: „Tylko uwierz!”. Ja chcę wierzyć. A wy?
Aga
PS Koniecznie przeczytajcie 2 Kor 8, 1-15, i do roboty .
PS 2 Zając, który nam towarzyszy i który zrobił furorę wśród dzieciaków, nazywa się Hagirso (Radość). Jak będziecie uważni, możecie zobaczyć go na zdjęciach . Powodzenia!
PS 3 Adrian serdecznie pozdrawia .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.