HOLIDAY CAMP – MAŁE KROKI, WIELKIE POSTĘPY
Posted on |

I piękne wspomnienia. Teraz, kiedy camp się zakończył, zostaje mi poczucie dumy z pracy, jaką wykonaliśmy, i wdzięczności. Widzę, jak wiele udało się osiągnąć, jak wiele nauczyły się dzieci w tak krótkim czasie, ile śmiechu, przytulasków i wspólnych chwil zmieściło się w tych tygodniach. Holiday camp pokazał mi, że nasza campowa ekipa jest siłą – razem możemy stawić czoła wyzwaniom, dzielić radość i troskę.
28 lipca – 22 sierpnia – czas trwania campu – czas, który zostanie w mojej pamięci długo, w gestach dzieci i w przyjaźniach z animatorami.
Kolejne tygodnie campu przyniosły prawdziwy przełom. Nasza komputerowa przygoda, która zaczęła się od jednego laptopa, wzbogaciła się o cztery komputery z pracowni technikum Don Bosco przy Fort Street. Dzięki temu dzieci mogły efektywniej rozwijać umiejętności praktycznej obsługi komputera i programów. Zaczynaliśmy od podstaw: poznawanie części komputera, pierwsze rysunki w Paincie, nauka Worda – pisanie, formatowanie, punktory, tabele, wstawianie obrazów i kształtów. Potem przeszliśmy do tworzenia prezentacji w PowerPoincie. Codziennie widać było, jak dzieci coraz pewniej klikają, formatują tekst i tworzą pierwsze dokumenty i prezentacje. Każdemu nowemu efektowi ich pracy towarzyszyła ogromna radość. Nie obyło się bez trudności, ale nawet wtedy, gdy brakowało prądu, laptop pozwalał nam kontynuować zajęcia, a dzieci nie przestawały się uczyć i odkrywać. Drukarka, którą udało mi się zakupić dzięki wsparciu darczyńców, bardzo przyczyniła się do pełniejszego wykorzystania czasu zajęć. Dzieci wariowały na widok wydrukowanych kart pracy, które rozwiązywały, czekając na swoją kolej przy komputerze. Cieszyliśmy się efektami wspólnej pracy i cierpliwości – małe kroki przyniosły wielkie postępy.
Ale camp to nie tylko skillsy – to przede wszystkim relacje i zaufanie. Codziennie budowaliśmy je poprzez zabawę: dzieciaki wskakiwały mi na plecy, tańczyliśmy, kręciłam je w powietrzu, graliśmy w łapki, robiły snapy moim telefonem. Mieliśmy swoje małe gesty – koreańskie serca, piątki, żółwiki, okayki. Z jednymi siłowaliśmy się na rękę, z innymi kopaliśmy butelkę jak piłkę (przy braku piłek). Każdy dzień był pełen śmiechu, spontanicznych zabaw i drobnych gestów. Stworzyliśmy coś wyjątkowego – nie byliśmy tylko grupą dzieci i animatorów, to było coś więcej – prawdziwa atmosfera bliskości.
My – animatorzy staliśmy się przyjaciółmi. Dbali o mnie, gdy w natłoku zajęć pominęłam wszystkie posiłki – zawsze znalazł się przyjaciel, który przyniósł mi wodę, a czasem malutką paczuszkę biszkoptów. Ja też mogłam być dla nich wsparciem – zyskałam łatkę „medyka”, pomagając chorym animatorom, wykorzystując zaopatrzenie mojej prywatnej apteczki, aby przekazać pomocne leki wraz z informacją, jak je stosować. To zaufanie i odpowiedzialność – ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym postąpić inaczej, nawet jeśli nie przewidziałam przed misją, że leki te będę dzielić. W Sierra Leone dorośli nie mają dostępu do powszechnej, darmowej opieki medycznej. Na taką opiekę mogą liczyć jedynie dzieci do 5. roku życia i kobiety w ciąży.
Camp miał też duchowy wymiar. Obmodlone różańce, które miałam przy sobie, spontanicznie trafiały do dzieci. Widok dzieci noszących je na szyi z dumą i wiarą był jednym z najpiękniejszych momentów campu. Oczywiście nie zabrakło chwytających za serce gestów – jedna z przeuroczych dziewczynek podzieliła się owym podarowanym różańcem z bratem, bo miał urodziny, tym samym dając piękne świadectwo dzielenia się i myślenia o innych. 🙏 Dzięki “Dom Pięknej Miłości” przyjechałam do Sierra Leone z paczką ponad 200 różańców. (Zanim podzielę różaniec z misjonarzem, wolontariuszem, członkiem wspólnoty czy dzieckiem wcześniej odmawiam go w intencji dusz czyśćcowych – w ramach akcji Ratowanie Czyśćca. Dla wszystkich poruszonych akcją Ratowania Czyśćca zostawiam link z pełną informacją: https://dompieknejmilosci.pl/ratowanie-czyscca/). Zawsze mam przy sobie w nerce 1–3 obmodlone różańce, na wypadek, gdy serce podpowiedziało, że czas je podać dalej.
Podsumowując, to był piękny czas – intensywny, pełen śmiechu, zabawy i niezwykłych spotkań. Daleko mi, by powiedzieć, że coś się kończy – dalej możemy iść naprzód, uczyć się, bawić, pomagać sobie i tworzyć coś, co zostaje w sercu. Z animatorami widzimy się na Salesian Youth Movement, a dzieciaki spotkam w oratorium lub poruszając się po mieście.
Emi / Aminata
