A JAK TWOJA ŚRODA?
Posted on |

Środowe poranki nieco się różnią od pozostałych dni tygodnia. Msza święta o 6:30 jest w języku arabskim. Decyduję się wtedy spać dłużej. Iga nie odpuściła jeszcze żadnej mszy. Ja, nieco mniej zaangażowana, w środy wybieram sen. Myję zęby, ubieram się i witam się przytuleniem z Igą, która właśnie wróciła i mówi, że tęskniła. Opowiada mi o wschodzie słońca. Idziemy na śniadanie, spragnione kawy. Od sześciu tygodni na śniadanie jemy bułkę z masłem orzechowym i dżemem. Trzy razy zdarzyło się jajko. Wchodzimy na jadalnię i zaczynamy się ekscytować, jak nigdy wcześniej o tej porze. Na stole leży awokado, ogromne awokado. Iskierki w oczach Igi wywołują mój śmiech. Modlimy się i zajadamy bułkę. S. Mai Van widzi nasze podekscytowanie i cieszy się razem z nami. Ja zjadam moją porcję bardzo szybko, widzę, że Iga nie jest nawet w połowie. Mówi, że chce się nią nacieszyć jak najdłużej się da. Cały akapit poświęcony awokado, ale to śniadanie jest tego warte.
Wracamy do pokoju i spotykamy na naszym podwórku malutkiego Savio. Ma niecały rok i widziałyśmy go już kilka razy. Oswoił się już z widokiem dwóch białych osób, więc wiemy, że możemy do niego podejść i się z nim pobawić, nie powodując u niego lęku i niepewności. Jest najsłodszy. Jego mama – Mary, pracuje jako kucharka w naszej szkole. Dowiedziałyśmy się, że straciła trójkę dzieci. Mieszka na terenie szkoły. Nie mówi po angielsku, ale dogadujemy się z nią uśmiechem.
Rozpoczynamy zajęcia. Dziś cały dzień prowadzimy wf-y. Zabieramy dzieci na teren koło parafii. Tam prowadzimy gry, skaczemy w gumę i na skakance. Rzucamy frisbee, chłopcy grają w nogę. Iga animuje dzieci z chustą Klanzy. Kilkadziesiąt uczniów przy jednej chuście to spore wyzwanie, ale nie dla Iguni. Uczę dzisiaj dziewczynki tańczyć Jerusalemę. Na maxa się pocę, bo temperatura odczuwalna dzisiaj to chyba z 40 stopni. Cień pod drzewem daje ukojenie. Siadam z dziewczynkami. Wyjmują zeszyty i uczą się do dzisiejszego testu z religii. Materiał: formułka spowiedzi. Zagaduje je i uczymy się wspólnie języków. Poszerzam mój słownik arabskiego o kolejne słówka. Ja uczę dziewczynki, jak powiedzieć „Dzień dobry, mam na imię…”. Sprawia nam to dużo radości. Wpadam na pomysł zmodyfikowanej wersji głuchego telefonu. Iga bawi się w oddali z innymi dziećmi. Mówię kilku dziewczynkom, żeby przekazały Idze komunikat po polsku: „dzień dobry, lubię cię”. Uradowane biegną jej to powiedzieć. Iga podłapała i dzieci wracają w błyskawicznym tempie ze słowami „kochamy siostrę Patrycję”. Wracają do niej i krzyczą „Dobrze, że jesteś”. Wymieniamy jeszcze kilka komunikatów, niektóre z polskich piosenek – słyszę, jak śpiewają „no to chodź chodź chodź”. Przekazuję im telefon i biegną z muzyką do Igi. Jedna dziewczynka nieśmiało dotyka moich włosów i zaczyna się nimi bawić. Nienawidzę, gdy ktoś ciągnie mnie za włosy i przed przylotem obiecałam sobie, że nie będę miała żadnych warkoczyków przy skórze na mojej głowie. Nie mogę jednak odmówić tej dziewczynce i chwilę później na mojej głowie lądują dwa warkocze. Na szczęście nie przy skórze
. Dostaję w podarunku żółtą spinkę do włosów. Zostanie ze mną na zawsze.
Wracamy do domu na przerwę. Pijemy kawę i wdzięczne zajadamy banana. W międzyczasie czytamy o sytuacji politycznej w Sudanie i potencjalnych zagrożeniach. Rzadko to robimy, ale aktualizujemy naszą wiedzę w tym zakresie. Nagrywamy też filmik dla naszego przyjaciela z Polski, który obchodzi dziś swoje urodziny. Zastanawiamy się, co robi i gdzie je spędza. Czas na przypomnienie sobie układów tanecznych, bo dziś mamy music and dancing club. 10-letnia Patka, oglądająca High School Musical, nigdy nie przypuszczała, że 15 lat później będzie uczyła dzieci choreografii do piosenek Dzikich Kotów. Czuję wdzięczność.
Wychodzimy na kolejne zajęcia. W drodze do szkoły mijamy motocyklistów stojących w przejściu. Są to stali bywalcy, którzy pełnią tu rolę taksówkarzy. Niestety są nachalni, zagadują i wprawiają w dyskomfort. Jeden z nich ostatnio powiedział, że chce poślubić mnie lub Igę. Unikamy rozmów z nimi. Po drodze mijamy też klinikę. Codziennie spotykamy się z widokiem leżących ludzi na ziemi. Większość z nich prawdopodobnie choruje na malarię. Najbardziej poruszają nas bezsilne maluszki.
Widzę ogromną chmurę szarego dymu. W Sudanie Południowym spalanie śmieci jest codziennością. Zamiast wywozu odpadów tworzy się prowizoryczne wysypiska, np. obok domów czy na szkolnych podwórkach, a następnie podpala. To najprostsze, a często jedyne rozwiązanie, jakie mają mieszkańcy, ale konsekwencje są ogromne, nie tylko dla środowiska, ale przede wszystkim dla zdrowia. Zapach palonych śmieci unosi się wszędzie i jest już naszą codziennością.
Zauważam dziewczynkę, która ostatnio była chora na naszych zajęciach. Prawdopodobnie miała udar słoneczny. Zagaduję ją i cieszymy się, że czuje się lepiej. Zabieramy dzieci na scenę. Iga przeprowadza dla nich rozgrzewkę taneczną. W dalszej kolejności wybrany podstawowy układ taneczny, a potem już nasza docelowa choreografia. Nagrywamy występ. Wszyscy są zaangażowani i podekscytowani. Najbardziej chyba ja
. Zbijamy piątki, wykrzykujemy nasz okrzyk i wracamy.
Zjadamy obiad, rozmawiamy chwilkę z s. Mai Van i zbieramy się do kąpieli. Ograniczyłyśmy ostatnio mycie włosów, bo 1. nadal nie przywyczaiłyśmy się do zimnej wody na głowie, 2. musimy oszczędzać szampon, bo nie ma go nigdzie w sklepach, s. Huyn nam ostatnio podarowała jedną sztukę przywiezioną z Kenii, 3. jesteśmy troszkę leniwe
.
Po kąpieli montujemy materiały, planujemy posty. Nagle wyłącza się WiFi. Nikogo to już nie dziwi. Idziemy do sióstr skorzystać z ich Internetu, ale okazuje się, że nie ma prądu. Pozostaje nam czekać. Iga przygotowuje dla nas kawę. Wykorzystujemy czas na odpoczynek. Iga czyta książkę, a ja kładę się na łóżku i słucham muzyki. Dobiega 18. Idziemy do kaplicy. Czas na różaniec. Za oknem różowe niebo. Wychodzimy na zewnątrz i się zachwycamy. Chwilkę później czas na kolację. Rozmawiamy o tym, jak nam minął dzień. S. Maria opowiada o sytuacjach z kliniki. Słyszymy historię chłopca, który zmarł dziś, czekając w kolejce ze swoją mamą. Utwierdzamy się w przekonaniu, jak ogromne są tu potrzeby w obszarze medycyny. Brakuje nie tylko leków i sprzętu, ale też odpowiedniej liczby personelu, który mógłby szybciej reagować w sytuacjach kryzysowych. Dostęp do pomocy medycznej jest bardzo ograniczony zarówno ze względu na zasoby, jak i na odległość, jaką trzeba pokonać, żeby w ogóle dotrzeć do kliniki.
Kończymy kolację, zmywamy naczynia i wracamy do pokoju. Prąd już wrócił, więc wieczór spędzamy z najbliższymi na rozmowach telefonicznych – to daje spokój, ukojenie i poczucie, że mimo odległości wciąż jesteśmy blisko.
Do jutra!
Patrycja
