“SALAMNO- DZIEŃ DOBRY”

Wrocław, godzina 3:00. Ruszamy w stronę lotniska w Warszawie. Aż nagle jedna z osób przypomniała sobie o braku żółtej książeczki. Na szczęście mieliśmy sporo czasu, by móc po nią pojechać. Po dotarciu na lotnisko przy odprawie okazało się, że każdy bagaż ma nadwagę i musimy ją zredukować. Gdy już po dwóch lotach wydawało nam się, że nic więcej nas nie zaskoczy, na porcie lotniczym w Addis Abebie przy kontroli dokumentów, urzędnik celny nie chciał mnie przepuścić dalej. Żądał, aby Siostry przyszły i potwierdziły, że przyjechaliśmy do nich. Środek nocy, nie wiadomo czy Siostry już są, a my nadal czekamy. Jednakże nie zapominając o możliwości wsparcia ze strony Pana Boga prosiliśmy pokornie o pomoc. Udało się. Dokumenty sprawdzone i możemy iść bez konieczności przybycia Sióstr.

Gdy czekaliśmy na odbiór bagaży, okazało się, że część z nich nie przyleciała z nami ze Stambułu. Po zgłoszeniu braku jednej walizki z niezbędnymi rzeczami medycznymi, przekazano nam informację, że zaginiony bagaż doleci dnia następnego. Pomimo wielogodzinnego czekania, Siostra Bhavya wraz z kierowcą wykazali się anielską cierpliwością dzięki której po wyjściu z budynku ujrzeliśmy ich uśmiechnięte twarze, co przyczyniło się w głównej mierze do poprawy naszego samopoczucia. Z lotniska udaliśmy się prosto do Modjo gdzie przywitała nas ulewa, brak wody oraz brak prądu. Gdy następnego dnia wstaliśmy wypoczęci udaliśmy się na posiłek i modlitwę.

Następnego dnia uczestniczyliśmy w dwóch bardzo ważnych dla tutejszych mieszkańców uroczystościach: odpust parafialny ku czci świętego Piotra i Pawła oraz zakończeniu roku szkolnego dla dzieci w wieku przedszkolnym. Charakter tych dwóch wydarzeń, tu w Modjo jest zupełnie inny od charakteru polskiego. Odpust jest najważniejszą uroczystością w roku liturgicznym, stąd też do kościoła parafialnego przybywa wielu wiernych. Wielogodzinna msza odprawiona w rycie wschodnim zakończyła się pełną entuzjazmu procesją wokół świątyni. Natomiast podczas akademii przedszkolaków, uczniowie wykazali się ogromnymi talentami zarówno aktorskimi jak i tanecznymi. W poniedziałek zaczęliśmy swoje obowiązki misyjne. Miejsce pracy pokazały nam s. Bhavya i s. Prasanna. Dzieci widząc mnie i Magdalenę, którą pamiętają z zeszłego roku bardzo się ucieszyły. Po przywitaniu się z nami wspólną modlitwą rozpoczęliśmy pierwsze zajęcia nauki angielskiego. Po pierwszym tygodniu zajęć zrobiliśmy dzieciom test sprawdzający dotychczasową wiedzę, który wypadł bardzo dobrze. Chcąc zawiązać wspólnotę z siostrami, zorganizowaliśmy wieczór filmowy. Wspólnie wybraliśmy film pt: “CHRISTIADA”, który bardzo poruszył nasze serca – odwagą młodego chłopca stającego w obronie wiary w Jezusa Chrystusa.

W sobotę natomiast gościliśmy Siostry znajdujące się na placówkach rozmieszczonych w Etiopii. Z tej okazji od samego rana przygotowywaliśmy dla sióstr Polską potrawę PIEROGI, która bardzo smakowała naszym gościom. W tym też dniu poznaliśmy dość okazałych rozmiarów owoc o nazwie “Jack”. Wspólnie z Siostrami spędziliśmy poobiedni czas na obieraniu smacznego owocu.

 

Bogu chwała za miniony tydzień !

 

Zarówno my, Siostry oraz dzieci bardzo prosimy o modlitwę w naszej intencji. Również zapewniamy o pamięci w modlitwie.

 

Łukasz

Bądź i zaufaj!

Kolejna lekcja pokory za nami. Dlaczego? O tym poniżej.

Przyjeżdżając na misję każdy z wolontariuszy ma z tyłu głowy takie dość „hollywoodzkie’’ zapędy, wiecie w stylu „co to ja tam nie zdziałam”. Miałyśmy za zadanie prowadzić tu zajęcia z języka angielskiego i muzyki, więc oczywiście pełne mobilizacji obmyślałyśmy bardzo ambitne plany co by tu nie zrobić. Tymczasem po pierwszym tygodniu zajęć okazuje się, że jest tygodniowa przerwa w obozie przed świętem narodowym. Powiem szczerze, że dość mocno nas to zdezorientowało. Kompletnie nie wiedziałyśmy co mamy robić. Tymczasem…

Tymczasem okazało się, że nasze lęki były zbędne. Mimo braku „regularnych” zajęć, dzieci i tak przychodziły na parafię w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do zabawy. Niesamowite jest to jak łatwo (mimo różnic językowych i kulturowych) można zawiązać relację! Okazuje się, że z pozycji opiekuna można zdziałać dużo więcej niż z pozycji srogiego nauczyciela. Dopiero przez ten tydzień tak naprawdę zrozumiałyśmy ( a przynajmniej ja), że mamy nie tylko nauczać, ale być kimś w kim dzieci, czy młodzież będą miały wsparcie, mamy być dla nich wzorem (nie przez niepopełnianie błędów, a przez pokazanie, że z Jezusem jesteśmy w stanie te błędy czy przeciwności przezwyciężać) ale przede wszystkim mamy być świadkami Jezusa. A jakże inaczej to uczynić jak nie przez obecność i troskę? Sam fakt jak bardzo dzieci tego potrzebują może potwierdzić jedna przykładowa sytuacja:

Pewnego dnia gdy już powoli zbliżał się wieczór, a moim zadaniem bojowym było siedzenie na ławeczce i podziwianie jak niesamowite „budowle” trzech chłopców buduje z klocków Jenga, stwierdziłam, że na chwilkę ulotnię się zrobić sobie herbatki w pokoju. Myślałam, że pochłonięci zabawą nawet nie zauważą mojej nieobecności. Ledwo zdążyłam pójść na górę już jeden z chłopców biegł wołając mnie po imieniu żeby być przy nich.

Niesamowite, że czasem to co dla nas wydaje się być oczywiste – opatrzeć ranę gdy któreś się przewróci, pochwalić gdy coś się uda, czy pocieszyć czy właśnie się nie uda – jest tak niespotykane i ważne dla drugiego człowieka.

Teraz mimo całego stresu przed tym co się będzie działo w tym tygodniu, gdy piszę tego newsa, dziękuję Bogu za cały ubiegły tydzień. Był niesamowity. Te dzieci są niesamowite!

Po raz kolejny dostałyśmy mocną lekcję pokory i znak, że skoro już tu jesteśmy to nie musimy mieć na wszystko planu…czasem wystarczy po prostu zaufać.

 

Beata

 

Ciekawostka na dziś:

Czy wiecie, że Ułan Bator oznacza dosłownie „Czerwony bohater”? Jest to jeden z bardziej widocznych śladów panującego tu (oficjalnie czy nie) komunizmu.

Nomadowie kontra “Mieszczuchy”

W Mongolii liczą się tak naprawdę 3 miasta, które zaliczane są do wielkich : Ułan Bator, Erdenet i Darkhan a mieszkańcy kraju dzielą się na nomadów, mieszczuchów i „tych  pomiędzy”, czyli zamieszkujących wioski, ale takich, które liczą sobie po kilka tysięcy mieszkańców. Ci często dojeżdżają do tych „pobliskich” miast do pracy lub zajmują się hodowlą zwierząt.

MIESZCZUCHY

Tych znamy głównie ze stolicy, nie zajmują się niczym specjalnym. Niektórzy pracują w sklepach, inni na straganach, jeszcze inni nie robią nic. Ci z lepszym wykształceniem siedzą „za biurkiem” w banku lub urzędzie inni cały dzień pracują na głośnych i zakurzonych ulicach kierując ruchem drogowym. Można by rzec – jak u nas! A jednak… jest w tym coś innego. Różnica klas społecznych jest jakby dużo bardziej widoczna. Niektórzy żyją w blokach, inni w wieżowcach jeszcze inni w jurtach, które na obrzeżach miasta stanowią sporą część zabudowań. Choć w Mongolii jest obowiązek edukacji, to praktycznie nie jest od przestrzegany. Rodzice często nawet nie wiedzą, że ich dzieci wagarują a dzieci nie przykładają wagi do nauki, całkowicie nie myśląc o przyszłości. 

NOMADOWIE

w dniach wolnych od zajęć mamy okazję poznawać kraj i kulturę, oraz to jak żyją tutejsi mieszkańcy. Nomadów osobiście nie poznałyśmy, jedyne informacje jakie mamy są od misjonarzy, którzy posługują tu od wielu, wielu lat. W drodze do Kharakorum ( dawnej stolicy Mongolii) z daleka mogłyśmy zobaczyć pojedyncze jurty, przy nich jeden samochód i ogromne stada zwierząt – nie 20- 30 sztuk, ale 200 – 300 i jeszcze większe! Nomadowie przynajmniej 2 razy w roku zmieniają swoje położenie. Latem osiadają w miejscach, gdzie zwierzęta będą miały trawę i przestrzeń do wypasu. Zimą sprzedając większość stada zamieszkują tereny przy wzgórzach, aby te chroniły ich od zimna i od wiatru. Ich dzieci często nie chodzą do szkoły, bo nikt tego nie sprawdzi. Uczą się w domu od rodziców, przeważnie są to lekcje życia. Zastanawiające jest to, czy władze mongolskie rzeczywiście wiedzą ilu mieszkańców liczy ten kraj….

„CI POMIĘDZY”

Mieszkańcy (pół)wiosek – (pół)miasteczek, tak to nazwijmy. Niby życie toczy się powoli, jak to na wsi. Połacie zieleni, tereny zalewowe, krowy, psy, konie…. Dwa sklepy, które są centrum życia towarzyskiego i to tam, przeważnie wieczorami, sąsiedzi schodzą się aby „na ławeczce” przy butelce z % spędzić wieczór. W ciągu dnia takie wioski, które są tu bardzo rozległe świecą pustkami. Niczym wymarłe miejsca. Wielu mieszkańców dojeżdża z nich 50-60 km do pracy ( głównie kobiety!) a co się dzieje z resztą? – nie wiemy. Wciąż szukamy odpowiedzi na te i inne pytania. Bo w myśl zasady, że głupich pytań nie ma, pytamy naprawdę o wszystko:

  • Dlaczego mleko i przetwory mleczne są tak drogie, skoro tyle jest tu bydła?! – ponieważ krowy, które widzimy, nie są krowami mlecznymi i przeważnie nie dają za wiele mleka.
  • Dlaczego Kościół Katolicki nie może się rozwinąć? – ponieważ polityka państwa skutecznie utrudnia wszelkie działania a mieszkańcy nie wspierają dzieł misjonarzy.
  • Czy nomadowie mają obowiązek meldunku? – Raczej nie, w Mongolii możesz „rozłożyć się” z dobytkiem gdzie chcesz, pod warunkiem że teren nie jest wykupiony. Jeżeli nie wykupisz ziemi, nie należy ona do Ciebie, ale żyć sobie tam możesz.

Mieszkańcy wszystkich tych nacji są roszczeniowi. Pilnują, tego co im się należy i tego co jest już ich. „Sam nie zjem, drugiemu nie dam” jest tu bardzo widoczne, szczególnie kiedy misjonarze chcą zrobić coś więcej. Nie mogą oni uprawiać ogródka, bo to nie jest ich ziemia, a mieszkańcy nie pozwalają, bo przecież… misjonarze są od dawania a nie od zabierania jeszcze… Nikt tu nie myśli wg naszych schematów, że przecież z plantacji pomidorów, czy kabaczków mogliby korzystać wszyscy!

SZAMANIZM

Jest jeszcze wszechobecny szamanizm, kiedy myślałam, że z biegiem czasów on wymiera okazuje się, że absolutnie nic bardziej mylnego! W tych położonych co kilkadziesiąt, kilkaset kilometrów wioskach ludzie wciąż zbierają się wokół totemów i posągów, aby oddawać cześć duchom i siłom nadprzyrodzonym za deszcz lub słońce.

Kraj, który nie wydaje się biedny, jest naprawdę biedy z braku obecności Chrystusa wśród ludzi. Zadaniem na dziś dla każdego jest z Was jest krótka modlitwa za kraj Mongołów o otwartość serc na działanie Boga w ich życiu!

Magda

Pierwszy tydzień w Mongolii

Mimo że z Polski wyjechałyśmy już w piątek przed południem, to do Ułan Bator (dzięki magicznej zmianie czasu +6h) dotarłyśmy na miejsce dopiero koło 6 rano (czasu miejscowego). Kolejki do odmeldowania się z lotniska były ogromne więc ochroniarze pozwolili nam podejść do okienka dla ambasadorów, przy którym nie było nikogo. Nie ma to jak wejście z pompą co nie?

Bardzo zdziwiłam się widząc stepy Mongolii po raz pierwszy. Na pocztówkach czy zdjęciach zazwyczaj widzi się piękne zielone tereny na których pasą się dzikie konie. Tymczasem pierwsze co zobaczyłam to dosłownie „księżycowy krajobraz”. Wszędzie piaszczysto, szaro i krowy naokoło.

Przez pierwsze dni starałyśmy się choć trochę poznać życie wspólnoty. Uczęszczałyśmy razem na msze święte (nawet te po Mongolsku ,co było nie lada wyzwaniem). Próbowałyśmy jakoś pokonać barierę językową między nami a naszymi podopiecznymi. Dlatego właśnie grałyśmy z nimi w koszykówkę – i tu wstyd się przyznać ale haniebnie przegrywałyśmy za każdym razem – oraz w szachy.

Odwiedziłyśmy też placówkę w Ułan Bator i poznawałyśmy resztę mongolskiej rodziny salezjańskiej. Tak ciepłego przyjęcia żadna z nas się nie spodziewała. Wszyscy bardzo cierpliwie odpowiadali na masę pytań jakimi byli przez nas zasypywani. Jednym słowem…przyjęli nas do rodziny.

W środę zaczynamy pierwsze zajęcia z dziećmi. Zajęcia gry na pianinie i angielskiego…ale oprócz nauczycieli mamy być przede wszystkim -idąc śladem Janka Bosko – wychowawcami. Oby się udało…

Beata

Ciekawostka na dziś:

Czy wiecie, że większość „nowoczesnych” placów zabaw w Mongolii jest płatna, dlatego dzieci często bawią się na ulicy lub -jeżeli mają taką możliwość- szukają bezpiecznych miejsc takich jak dom Don Bosco w Ułan Bator?

Czas wracać…

Mój ostatni tydzień w Liberii był, tak jak cały pobyt tutaj, pełen wrażeń i emocji. Teraz gdy pakuję te kilka rzeczy, które mi zostały próbuję poskładać te wszystkie wydarzenia w jakiś logiczny sens. Dobro chyba nie ma swojej logiki. Miłość jest nielogiczna i właśnie tak się czuję 🙂

Ostatni tydzień warsztatów poświęciliśmy na temat konfliktów w grupach. Na koniec profesjonalnie zaplanowaliśmy tegoroczny obóz wakacyjny, dzięki czemu animatorzy nauczyli się jak tworzyć projekty i przekonać ludzi do wspierania ich działań. A działań tych jest naprawdę ogrom. Ostatni warsztat natomiast miałam okazję przeprowadzić w dość nietypowej scenerii – na plaży J Po ewaluacji i kilku zabawach integracyjnych rozdałam certyfikaty dla 20 animatorów, którzy regularnie uczestniczyli w szkoleniu.

W środę tak jak na całym świecie, także w Liberii, rozpoczęliśmy Wielki Post. Co ciekawe w Środę Popielcową do kościoła przychodzą nie tylko katolicy. Okazuje się, że obrzęd posypania głów popiołem jest chętnie przyjmowany także przez niechrześcijan. W piątek natomiast nasze codzienne oratorium zakończyliśmy natomiast drogą krzyżową.

W minionym tygodniu także udało się spotkać z dziećmi, które są objęte naszym programem Adopcja Miłości. Dzieciaki z radością przyjęły upominki od rodzin adopcyjnych oraz same też przygotowały listy, które zabiorę do Polski i przekaże osobom, które wspierają to dzieło. Miałam też okazję bliżej poznać tutejszą szkołę i system edukacji. Salezjanie prowadzą w Monrovii dwie szkoły, jedna z nich – Mary Help of Christians School znajduje się na terenie Don Bosco Youth Center. Wszystkich klas jest 12 plus dodatkowo przedszkole. W sumie wszystkich uczniów jest około 500. Najliczniejsza klasa liczy 45 uczniów, najmniejsza – 28. Dyrektorem tej szkoły jest ks. Salomon Gbaki z Sierra Leone.

I tak oto moja prosta posługa dobiega końca. Wracam do Polski w głową pełną pomysłów na dalsze wsparcie tej placówki. Bo MIŁOŚĆ jest nielogiczna 🙂

Paula   

“Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”

Najczęstsze pytanie jakie ostatnio słyszę to chyba to czy mogę zmienić datę swojego biletu powrotnego do Polski 🙂 Tak, jak też czuję że pozostał tylko dzień mojego pobytu w Liberii. Wszystko to co dobre szybko się kończy. Ale czy na pewno? Może to właśnie początek…

Liberyjczycy lubią rozmawiać. Doświadczyłam tego szczególnie podczas warsztatów na temat efektywnej komunikacji. Problem w tym, że czasem trudno im przyznać komuś rację, chyba że jest to ktoś szanowany i na wyższej pozycji społecznej. Na szczęście moje, wciąż pogłębiane dzięki takim grupom, kompetencje trenerskie wystarczyły, aby ostudzić emocje 🙂

W minionym tygodniu w Centrum Młodzieżowym miały miejsce dwa wydarzenia. W piątek pięcioro śmiałków podjęło wyzwanie rywalizacji w Spelling Competition (konkurs ortograficzny). Angielskie słowa, które mieli przeliterować naprawdę nie należały do najłatwiejszych. Niektórych znaczenia nie byłam w stanie rozszyfrować. Ale zawodnicy dzielnie walczyli do końca i nawet w finale trzeba było wymyślać nowe, jeszcze trudniejsze słowa. Na koniec zawodnicy dostali upominki przywiezione przeze mnie, a wszyscy którzy kibicowali dostali ciastka, które też zakupiliśmy dzięki sponsorowi z Polski. W niedzielę natomiast Don Bosco Youth Center przyciągnęło nie tylko dzieci i młodzież z oratorium. Ponad 500 osób zgromadziło się na boisku do koszykówki, aby podziwiać uczestników  „Talent for Jesus”. W tym roku ten pokaz talentów został zdecydowanie zdominowany przez tancerzy, ale naprawdę są w tym dobrzy. Od najmłodszych lat ich ciała jakby same poruszają się w rytm muzyki. Trzeba ich tylko odpowiednio ukierunkować.  

W sobotę natomiast, wraz z młodzieżą z CYO (Catholic Youth Organisation – Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży) wybraliśmy się na wycieczkę. Członkami tej grupy są w głównej mierze animatorzy, ale nie tylko. Mogli wybrać wypad na plażę, albo w inne równie atrakcyjne miejsce. Jednak zdecydowali inaczej. Pojechaliśmy do sierocińca Brothers keeper, aby pobyć z dziećmi, które wychowują się bez rodziców. Było to piękne spotkanie. Przede wszystkim po raz kolejny zobaczyłam, że dobro, którym obdarowujemy podopiecznych Salezjanów w Monrovii, jest pomnażane. Podczas sobotnich zabaw z dziećmi wykorzystali umiejętności zdobyte podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów, a na koniec obdarowali ich częścią rzeczy, które przywiozłam dla nich z Polski, dodając jeszcze dary od siebie. Po drugie zobaczyłam jak czasem nie wiele trzeba, żeby uszczęśliwić drugiego człowieka, szczególnie tego najmłodszego. Czy to nie w sobotniej Ewangelii Jezus mówił, żeby pozwolić dzieciom zbliżać się do Niego? Czyż nie mamy stać się właśnie jak te dzieci? Doświadczyłam tego, gdy na koniec naszego pobytu w Brothers keeper patrzyłam w oczy dzieci, które bez słów mówiły DZIĘKUJĘ.

I ja dziękuję za to doświadczenie, za to utwierdzenie, że warto czynić dobro. Bo może i to co dobre szybko się kończy, ale nigdy nie wiemy na jak długo pozostanie w drugim człowieku i sprawi, że jego życie będzie piękniejsze.  

Paula

     

Półmetek w Liberii :)

2 tygodnie za mną i 2 przede mną 🙂 Choć życie w Liberii ma nieco wolniejsze tempo niż w Polsce, to czas płynie tak samo szybko. Tutaj po prostu inaczej się go spędza. Nawet stojąc w korku i widząc przed sobą wymuszający pierwszeństwo samochód czy zahaczający o twoje lusterko motocykl nikt się nie denerwuje. Przecież ten czas można spędzić z drugim człowiekiem, więc nie jest on zmarnowany 🙂

Minął kolejny tydzień warsztatów z animatorami. Mimo, że ks. Raphael ostrzegał mnie, że w tym tygodniu może przychodzić mniejsza liczba uczestników bo mogą być już zmęczeni, to wcale się tak nie stało. Na każdych zajęciach jest około 20 osób co mnie bardzo cieszy. Nie słabnie też ich zaangażowanie i chętnie podejmują dyskusje. Ja też się dobrze czuję w ich towarzystwie. Czasem nawet zdarza mi się w trakcie wypowiedzi wpleść przypadkiem jakieś polskie słowo. Uśmiechają się wtedy tylko i cieszą się, że poznali kolejne słówko w moim języku 🙂 Po oficjalnej części warsztatów zawsze chętnie zostają jeszcze, aby porozmawiać. I wtedy to ja się uczę od nich. O ich kulturze, zwyczajach, historii ich kraju. Najwięcej radości sprawia im uczenie mnie jednego z dialektów – pidgin english (językiem urzędowym Liberii jest język angielski, ale mieszkańcy posługują się 20 dialektami).  

W oratorium trwają przygotowania do dwóch wydarzeń, które czekają nas już w tym tygodniu – Speeling Competition i Talent for Jesus. W poniedziałki, wtorki i czwartki są dla mnie okazją do nauczenia się tradycyjnych afrykańskich tańców. Odbywają się wtedy zajęcia kulturalne. Biorą w nich udział głównie dziewczynki, chłopcy w tym czasie, pod okiem trenera, ćwiczą taekwondo. Taniec afrykański wymaga dobrego poczucia rytmu, który jest wybijany na bębnie. Nie jest łatwy, ale cóż… jeszcze kilka lekcji przede mną 🙂 Najważniejsze, że buduje to moją więź z dziećmi, które z dumą pokazują mi kolejne kroki.

W piątek rano udaliśmy się z ks. Raphaelem i przedstawicielami parafii w podróż na północ kraju. Naszym celem była miejscowość Gbarnga położona nieopodal granicy z Gwineą. Jak tylko wyjechaliśmy z Monrovi krajobraz znacznie się zmienił. Pagórki, zielone lasy tropikalne, zdecydowanie mniej zaludnione miejscowości. Od razu uwierzyłam w zapewnienia jednego z animatorów, że na terenie Liberii znajduje się 60 % wszystkich lasów Afryki Zachodniej. W ogóle cała Liberia podzielona jest na 15 takich jakby województw. W ciągu czterech godzin jazdy przemierzyliśmy 3 z nich. W Gbarnga znajduje się seminarium duchowne dla wszystkich trzech diecezji Liberii. Obecnie do stanu kapłańskiego przygotowuje się 28 kleryków. Pojechaliśmy tam, aby zawieźć im dary od mieszkańców parafii salezjańskiej, w której obecnie przebywam – kilka worków ryżu, galonów oleju i warzywa. Najbardziej ucieszyło mnie to, że zobaczyłam, iż ludzie którym pomagamy także potrafią pomagać innym potrzebującym. I to jest piękne! Sama miejscowość Gbarnga, mimo że jest stolicą województwa, to jest znacznie spokojniejsza niż Monrovia. Więc delektowałam się ciszą i zupełnie innym powietrzem 🙂 Gdy po południu udaliśmy się na spacer po okolicy trafiliśmy na mecz piłki nożnej – jedyną rozrywkę ludzi w tej miejscowości. Dlatego tłumnie przyszli oglądać mecz, nie zważając na brak trybun a nawet porządnego boiska. Między kibicami przemykały się dzieci, które sprzedawały jedzenie i napoje. Zaczepiliśmy jedno z nich, aby kupić coś jakby małe pączki. Chłopiec wydawał się skonsternowany, gdy jako zapłatę dostał 1 dolara. Okazało się, że pierwszy raz widział takie pieniądze. Generalnie oficjalną walutą Liberii jest dolar liberyjski (LD), ale szczególnie w stolicy częściej używa się dolarów amerykańskich (USD). Tam, na obrzeżach kraju jest to rzadkością.

Pozdrawiam serdecznie z wciąż upalnej, bezdeszczowej Liberii 🙂

Paula

Szkolenie dla animatorów w Liberii – początek

Tydzień temu, gdy byłam już w drodze do Liberii nie spodziewałam się, że tyle wydarzy się w tym czasie. Od środy do piątku godziny dopołudniowe spędzałam przygotowując szkolenie dla animatorów. Po południu Don Bosco Youth Center wypełniało się prawie 200 dzieci i młodzieży, którzy przychodzili do Oratorium. Jadąc na zakupy przed szkoleniem po raz kolejny uświadomiłam sobie jak drogie jest życie w Liberii. Dla przykładu drukarka, którą w Polsce można kupić za 500 zł tutaj kosztuje ponad 3000 i to dolarów amerykańskich. Nie wspominając o innych podstawowych artykułach biurowych typu klej, nożyczki, markery. Dlatego w tym miejscu pragnę podziękować Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 6 w Oleśnicy oraz Przedszkolu Montessori PESTKA z Wrocławia za przeprowadzoną zbiórkę artykułów szkolnych i sprzętu sportowego.

Szkolenia rozpoczęliśmy w sobotę. Zapominając, że przecież jestem w Afryce punktualnie o godzinie 10 byłam zwarta i gotowa. Oczekiwanie na wszystkich uczestników trwało ponad 45 minut, a jeszcze niektórzy dochodzili w trakcie 🙂 Zaczęliśmy od integracji i nauki kilku zabaw i tańców, które będą mogli wykorzystać w pracy z dziećmi. Animatorzy bardzo szybko otworzyli się na to co dla nich przygotowałam i nawet nie wiem kiedy minęły 4 godziny pracy w nimi. W ewaluacji pierwszego dnia szczerze pisali o swoich odczuciach. Jestem mile zaskoczona ich przemyśleniami i zaangażowaniem. Z radością przygotowuję dla nich kolejne dni szkoleń. I są pierwsze efekty, bo w niedzielę zaczęliśmy już nie z godzinnym opóźnieniem a zaledwie 30 minutowym 🙂 Ten dzień poświęciliśmy na odkrywanie swoich talentów.

W niedzielę w tutejszej Salezjańskiej parafii Holy Innocent są sprawowane dwie Msze Św. – o 9.15 oraz o 11. Uczestniczyłam w pierwszej, ale na obu zostałam oficjalnie przywitana przez wspólnotę parafialną. Ks. Raphael z wdzięcznością zaprezentował to co przywiozłam dla nich z Polski – ornat, obrazy ks. Bosko i Jezusa Miłosiernego oraz różańce. Jak się okazuje praktycznie całe wyposażenie kościoła pochodzi z Polski, co pięknie pokazuje na czym polega jedność Kościoła Katolickiego. W imieniu mieszkańców tej parafii serdecznie dziękuję ofiarodawcą za te dary.

Pozdrawiam z upalnej Liberii (choć dzisiaj nieco chłodniej bo tylko 29 stopni 🙂 ).

Paula

Powrót do Liberii

Po intensywnych przygotowaniach, pakowaniu ogromu rzeczy, które otrzymałam od ludzi dobrej woli, zamknięciu ostatnich spraw w Polsce i prawie 24 godzinnej podróży powróciłam do Don Bosco Youth Center w New Matadi (Liberia). Wróciłam, a wrażenie takie jakbym nigdy stąd nie wyjechała. Jakby na te prawie 5 lat czas w Liberii zatrzymał się.

Pierwsze zderzenie to port lotniczy Roberts International Airport w Monrovii (a dokładnie godzina drogi od miasta). Zdecydowanie odbiega on od standardów europejskich, ale rekompensuje to sympatyczna obsługa. Mój paszport został sprawdzony kilka razy, ale mam wrażenie, że tylko po to aby poznać moje imię. Wszyscy też bez zastanowienia chcieli pomóc widząc jak próbuję pozbierać moje 4 wielkie bagaże i wytoczyć je z terminalu, gdzie czekali już na mnie ks. Raphael i animatorzy. Po kolacji powitalnej i szybkiej kąpieli musiałam od razu iść spać ponieważ tego wieczoru nie było w New Matadi prądu, a zapasowy generator trzeba było już wyłączyć. Dzięki zmęczeniu po podróży nie przeszkadzał mi nawet panujący upał.

Następnego dnia wychodząc z pokoju na każdym kroku spotykam znajome twarze. Wszyscy ciepło się ze mną witają i cieszą się moim powrotem. Wypakowuje rzeczy, które cudem udało mi się zapakować i przewieźć do Liberii. Po południu zaczyna się oratorium, które we wtorki jest miejscem gier i zabaw. Najpierw przychodzą animatorzy, chwilę później dzieci. Jest ich naprawdę mnóstwo. Jedni grają w piłkę, drudzy w koszykówkę i siatkówkę. Najmłodsi oblegają plac zabaw i organizują wyścigi na przywiezionych z Polski piłkach skaczących. Wszędzie panuje radość, a animatorzy i ks. Raphael czuwają nad bezpieczeństwem. Jestem z nimi i myślę sobie, że właśnie tak musiało wyglądać pierwsze oratorium ks. Bosko. Na zakończenie zbieramy się w kościele na Eucharystię.

Kolejne dni to czas na przygotowanie szkolenia dla animatorów. W sobotę nasze pierwsze spotkanie. Czuję, że będzie to i dla nich i dla mnie owocny czas. Bo przecież nigdy nie masz za mało, by nie móc się podzielić i za dużo, żeby nie przyjąć czegoś od drugiego człowieka.

Paula

Dosięgnęłyśmy radości

Nasz pobyt w Etiopii dobiega już końca. W ubiegłą środę udało nam się troszkę niespodziewanie odwiedzić siostry z placówki w Fullasie. Podczas tej krótkiej, dwudniowej wizyty, miałyśmy na nowo okazję spędzić trochę czasu z tamtejszymi dziećmi, poznać ich warunki życia oraz zobaczyć z jakimi problemami spotykają się na co dzień siostry pracujące w klinice.Zobacz więcej