Wystarczy, byś był …

Zanim wyjechałam zadałam sobie kilka ważnych pytań. Jedno z nich brzmiało: czy jestem odpowiednio przygotowana psychicznie i emocjonalnie na obecność w odległym kraju? Odpowiedź brzmiała: być może nie. Jednak na najważniejsze dla mnie pytanie: czy naprawdę tego chcę? Odpowiedzieć brzmiała: tak.I to „tak” pozostało ze mną do dzisiaj. Tylko tyle i aż tyle, wystarczy. To mój najlepszy ekwipunek. Pewność w sercu i przekonanie, że odpowiedziałam na głos samego Boga, który tak po cichu wołał: Chodź za Mną, zaufaj Mi, a pewnego dnia zrozumiesz.

Tym zaproszeniem okazała się Liberia – kraj ze złożonymi problemami, o których można się dowiedzieć z książek czy też ze środków masowego przekazu, ale mało kto wie o bogactwie, jakim są ludzie, właśnie w tym miejscu.  Najpiękniejsze doświadczenie, jakie mnie do tej pory spotkało to  obcowanie z drugim człowiekiem. Dla Liberyjczyków to nieodłączna część codziennego życia, mieć czas na rozmowę. Co ciekawe, nie potrzebują okazji, by się spotkać. Nie trzeba się wcześniej umawiać czy też zapraszać. Jeśli tylko masz ochotę, możesz w każdej chwili odwiedzić swojego sąsiada bądź znajomego. I jest to mile widziane – zainteresowanie drugim człowiekiem.

Spotkania nie odbywają się z powodu szczególnych okazji. A co robią gospodarze, gdy nie spodziewali się większej ilości gości? Proszą o pomoc sąsiadów. I zaraz znajduje się dodatkowe krzesło, szklanka bądź talerz. Ważne, że przyszedłeś ! Przychylność i otwartość towarzyszy również sprzedawcom, o czym miałam okazję się przekonać. Któregoś dnia znajdowałyśmy się w dzielnicy sklepów ze sztuką. Na miejscu można było być przy okazji świadkiem, jak wykonuje się przepiękne arcydzieła. Wszystko za pomocą prostych narzędzi. Jeden ze sprzedawców dostrzegł, że przysiadłam na chodniku. Natychmiast wyciągnął zza zaplecza małe krzesełko i poprosił, bym zechciała na nim usiąść. I zaczęliśmy rozmawiać o sztuce i tradycjach rodzinnych, jakie panują w Liberii.

Zdarza się, że w jednym i tym samym czasie korzystamy z maleńkiej kuchni w salezjańskim domu, w którym obiad przygotowuje Madame Eveline, jak ją ładnie nazywają Ojcowie. W celu urozmaicenia jadłospisu pieczemy czasem na przykład polską szarlotkę, zebrę czy też czekoladowe brownie.  Z racji ograniczenia miejsca byłam pewna, że będziemy przeszkadzać. I zapytałam o to naszą mistrzynię kuchni. 😉 Odpowiedziała : „ludzie są tutaj zawsze koło Ciebie i gotowanie zazwyczaj odbywa się razem. Dzięki temu jest łatwiej i szybciej przygotować posiłek. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jest Nas dużo Nie przeszkadza Nam to”.

Z łatwością mogę przytoczyć niezliczoną ilość sytuacji, gdy byłam świadkiem dzielenia się między sobą wszystkim, co się ma. Nikogo nie trzeba uczyć, że powinno się dzielić. Dorośli oraz dzieci wykonują to odruchowo. Wyobraźcie sobie proszę dziecko, które wyjmuje małe opakowanie ciasteczek i zaraz po otworzeniu od razu je dzieli. Nie pyta, po prostu wszystkich dookoła częstuje. Nastolatek mający wodę w plastikowym woreczku nigdy nie wypijał jej na moich oczach do końca, wiedząc, że osoba koło niego również jest spragniona. Jedno dziecko miało czarną kredkę do pisania, a drugie ołówek z gumką do mazania. Co robiło za każdym razem dziecko, które miało ołówek z gumką? Dzieliło się przez całą lekcje, gdy te pierwsze popełniło błąd w pisowni. Te dzieci nie tłumaczyły się sobie nawzajem. To było coś zupełnie naturalnego. I bynajmniej nikomu nie przeszkadza, z jakiej klasy społecznej pochodzisz. Ani razu nie spotkałam się z przypadkiem, gdy ktoś w moim towarzystwie coś jadł lub pił i nie chciał się ze mną podzielić. Zaznaczam, iż to nie działa tylko i wyłącznie w przypadku, gdy ktoś kogoś zna.

Oczywistość stwierdzenia „wystarczy byś był” jest tak banalna, że przestaliśmy się nad nią za specjalnie zastanawiać. Czasami szukamy potwierdzenia sensowności naszej pracy, gdy jesteśmy tak daleko od domu. Mnie Liberia nauczyła, iż mniej ważne są umiejętności, jakie nabyłam, a ważniejsze jest to, by przez nieustanne bycie pokazywać tym miłość, jaką mam w sobie każdego dnia na nowo dzięki łasce. Dziękuję Ci Boże, że pozwoliłeś mi doświadczyć tak wielkiego ogromu miłości od ludzi, którzy nauczyli mnie na nowo co jest najważniejszą wartością – drugi człowiek.

Teraz już wiem, że nie dało się być przygotowaną na wszystko, co mnie tu spotkało i jeszcze spotka, ale czy tak właśnie nie jest łatwiej pozwolić Bogu działać, gdy idę za Nim, a nie przed Nim? Czasami lepiej niczego nie przyśpieszać, wszystko będzie wiadome w swoim czasie.

 

Marta

Liberia -Obóz wakacyjny 2017

Wrzesień 5th, 2017 View Profile

Już po raz 3 wolontariusze Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego z Wrocławia przygotują dla prawie 500 podopiecznych z dzielnicy New Matadi zajęcia edukacyjne, artystyczne, katechezy i zajęcia sportowe. Iwona Bajtek i Marta Mazur pojechały do Liberii także po to, aby przez 3 miesiące dzielić się swoją wiedzą i talentami z miejscowymi animatorami i nauczycielami, ubogacając ich warsztat pracy.