This is Liberia – ABC

IMG_2396Przed wyjazdem słyszeliśmy, że Liberia to kraj zupełnie inny od reszty Afryki. To stwierdzenie budzi ciekawość. Poniżej zamieszczam parę haseł, które przybliżą Wam ten kraj.

Ameryka. Większość liberyjczyków marzy o tym, by wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Postrzegają ten kraj jako raj na ziemi. Swoją wiedzę na temat Ameryki czerpią z filmów i seriali telewizyjnych. Niektórzy liberyjczycy wyemigrowali za ocean. Rodziny, które tutaj zostawili są z nich dumne- dostają zastrzyk gotówki na zaspokojenie swoich potrzeb oraz mają nadzieję, że krewni ściągną ich kiedyś do tego „raju na ziemi”. Kultura amerykańska silnie oddziałuje na tutejszych ludzi. Widać to w stylu ubierania, inspiracjach muzycznych, reklamach (na banerach reklamowych lokalnych sklepów często umieszczana jest amerykańska flaga), sposobie organizowania przyjęć okolicznościowych. Wszystko co ma jakikolwiek związek z Ameryką jest najlepsze.

Bogactwo. Liberyjczycy lubią „się pokazać”. W domu może się nie przelewać, ale zawsze znajdą się pieniądze na kolorowe ubrania, smartfon lub inny gadżet, wystawną imprezę okolicznościową, wyjście ze znajomymi lub rodziną.

Ceny. Na lokalnych targach ceny żywności i ubrań łagodnie mówiąc nie szokują Polaków. Ceny są zbliżone do naszych (!). Często można się potargować zwłaszcza przy dużych zakupach. Mimo wszystko kraj, którego PKB na osobę jest kilkukrotnie niższy niż Polski powinien mieć znacznie niższe ceny. Supermarkety prowadzone głównie przez Libańczyków mają ceny produktów wyższe niż w Polsce. Wpływają na to pensje pracowników organizacji międzynarodowych oraz import większości towarów. Spotkaliśmy też produkty z Polski (patrz zdjęcia).

Dzieci. Stanowią olbrzymi potencjał tego kraju. Podczas gdy kraje Zachodu borykają się z niżem demokratycznym, w Liberii dużą część społeczeństwa stanowią dzieci i młodzież. Podczas obozu wakacyjnego uśmiech dzieci zawsze poprawiał nam humor. Niektóre z nich wołały na nas Chinese men (chińczyków też tu trochę jest).

Ebola. Nadal jest sporo ostrzeżeń związanych z tą chorobą głównie w miejscach publicznych (bilbordy, tabliczki, lotniska, napisy na koszulkach, wiadrach wystawionych do mycia rąk przed restauracjami i sklepami). Pamięć o eboli jest wciąż żywa. Wiele rodzin straciło ojca, matkę, dzieci; cały zakon Bonifratrów w Monrovii dosłownie wymarł. Od kilku miesięcy nie ma już doniesień o ofiarach eboli. WHO uznało ten kraj jako wolny od tej choroby. Mimo wszystko, dalej katolicy mają zakaz przekazywania sobie znaku pokoju w czasie mszy świętej a komunia rozdawana jest na ręce wiernych.

Gadżety. Rewolucja telekomunikacyjna zaczęła się tutaj na dobre 5 lat temu. Nie udało mi się zauważyć nigdzie telefonów stacjonarnych lub budek telefonicznych. Nawet Siostry Miłosierdzia mają telefon komórkowy. Zapewne jest to wynik dwóch wojen domowych, które skutecznie wyniszczały tutejszą infrastrukturę. Nie muszę chyba wspominać, że im większy smartfon, tym prestiż rośnie. Podobnie ma się rzecz z iPhonami- w końcu to amerykańskie zabawki.

Huczna zabawa. Widać to było w czasie Dnia Niepodległości (26.07). Większość ludzi wyległa na ulice. Słychać było głośną muzykę i śpiewy. Pojawiały się tańce. Wszyscy bawili się wybornie. Liberyjczycy wydają w takich chwilach dużo pieniędzy- na jedzenie, alkohol, restauracje, kluby. Dlatego wielu pracowników prosi pracodawców o przyspieszenie wypłat. Często w sierpniu brakuje potem pieniędzy w budżetach domowych.

Import. Odgrywa bardzo dużą rolę w handlu. Większość towarów jest importowana. Nawet masło orzechowe nie jest produkowane na miejscu, mimo że Liberia posiada duże uprawy tej rośliny. Pokazuje to słaby rozwój przetwórstwa przemysłowego. Dużo towarów pochodzi z Chin. Są popularne ze względu na swoją cenę. Butelkowana woda, którą piliśmy w centrum również była importowana.

Jedzenie. Trudny temat. Trzeba to zobaczyć. Nie da się tego opisać.

Kolokua. Jest to nieoficjalny język tego kraju. Zna go każdy liberyjczyk. Przy pierwszym zetknięciu można stwierdzić, że jest to uproszczony w wymowie język angielski. Jednak jest sporo słów pochodzących zapewne od liberyjskich plemion żyjących jeszcze na prowincji. Przez 2 miesiące byliśmy w stanie nauczyć się wielu popularnych sformułowań z tego języka. Słowo „fre” można przetłumaczyć jako dobrze, fajnie, super (używane w różnych kontekstach), „kak” -siedzieć, odpoczywać, „fasta” -jeść…

Libańczycy. Wiele sklepów jest w ich posiadaniu. Widzieliśmy ich w akcji- zawodowi handlowcy. Mają podejście do klienta. Uprzejmi, uśmiechnięci, gotowi na obniżenie wygórowanej aż do przesady ceny zwłaszcza przy większych zakupach. Ich sklepy są klimatyzowane, co wskazuje na wyższy standard i ceny. Zwykli liberyjczycy rzadko dokonują tu zakupów. Mnie osobiście dziwi to, że wybrali Liberię na swój kraj interesów.

Msza święta. To również okazja do spotkania i dobrej zabawy. Oprócz głośnych śpiewów, procesji pojawiają się także momenty spontanicznego oddawania czci Bogu. Głównie są to tańce przed ołtarzem po rozdaniu komunii. Po zakończeniu mszy wielu wiernych zostaje, by prowadzić rozmowy, wspólnie zjeść lunch w otwieranym specjalnie na ten czas bufecie, snuć wspólne plany na popołudnie.

Nigeryjczycy. Jest ich tu sporo. Podobnie jak Libańczycy prowadzą sklepy lub inne interesy. Żyją w skupiskach. Potrafią się zorganizować- wspólnie sprowadzają towary np. elektroniczne, żeby sprzedać je drożej w swoich sklepikach. Są katolikami; jednak często po przyjeździe do Liberii przestają chodzić do kościoła. Tutaj czują się bardziej anonimowi. Ojciec Rafael skutecznie ściąga ich do swojej parafii.

Organizacje międzynarodowe. ONZ, UNICEF, UNMIL, nawet UE. ONZ jest  bardzo rozbudowany ze względu na niedawne wojny domowe. Każda z organizacji sprowadza wielu pracowników z zagranicy. Płaci im niemałe pieniądze. To wpływa na wysokie ceny wynajmu nieruchomości. Cena mieszkania w ogrodzonej posesji dochodzi nierzadko do poziomu 3 000 dolarów amerykańskich.

Planti chips. Moje ulubione chipsy robione ze specjalnej odmiany bananów. Smażone na oleju. Najlepsze te domowej roboty, które można rozpoznać po brudnych plastikowych opakowaniach.

Ruch uliczny. Jedno z pierwszych ciekawych doświadczeń. Znaków praktycznie nie ma. W całej stolicy można policzyć skrzyżowania z sygnalizacją świetlną na palcach. Zasada prawej ręki nie obowiązuje. Większość dróg stolicy nie jest utwardzona. Brak chodników dla pieszych. Motocykliści mogą jeździć jak tylko chcą. Policja pojawia się rzadko- głównie przy przejazdach ludzi władzy przez miasto. Gdy parkuje się samochód w zatłoczonych lub podejrzanych miejscach, trzeba wynająć „ulicznika”, żeby popilnował samochodu. Inaczej można stracić np. akumulator. Piesi się nie liczą.

Spotkanie. Liberyjczycy lubią się spotykać, przebywać z ludźmi. Często tego doświadczaliśmy. Po zakończeniu obozu dla dzieci wielu z animatorów przychodziło do centrum, żeby po prostu kogoś spotkać, porozmawiać, przebywać razem. W czasie obozu mieliśmy wrażenie, że niektóre podsumowujące spotkania animatorów były przedłużane specjalnie po to, by dłużej być ze sobą. My jjuż wtedy myśleliśmy tylko o wieczornym odpoczynku.

Taksówki. Są obecne wszędzie. Rzadko mają napis TAXI na dachu. Zatrzymują się w strategicznych umownych punktach miasta- najczęściej przy głównych skrzyżowaniach, ulicach. Publiczna komunikacja miejska tu nie istnieje. Obok popularnych taksówek samochodowych są również motocykle i keke. Keke to nasz ulubiony środek transportu. Coś pomiędzy samochodem a motocyklem. Ma 3 koła. Nie ma drzwi. Z tyłu mieści się 3 pasażerów. W samochodzie może w sumie jechać czasami nawet 7 osób (doświadczyliśmy tego). Im mniej pasażerów, tym cena za przejazd rośnie.

Uśmiech, dotyk i otwartość. Zwłaszcza to drugie uderza od samego przylotu. Na obozie animatorów nie było tematów tabu. Nasze zakłopotanie w wyniku trudnych pytań wzbudzało śmiechy. Od razu byliśmy wciągani w żarty, zabawy, rozmowy. Dotyki i bliskość odgrywają tutaj dużą rolę i są czymś normalnym.

Wojna domowa. Słyszeliśmy jak bardzo wyniszczyła ten kraj: przemysł, domy, infrastrukturę, wzajemne zaufanie, strukturę i instytucję rodziny. Słyszeliśmy opowieści animatorów jak uciekali jako dzieci do dżungli, by znaleźć schronienie, jeść tylko trawę; jak na ich oczach mordowano członków rodziny. Minie kilka pokoleń zanim ten kraj zostanie odbudowany i uformowany na nowo. Opowiadania pokazują nam jak ogromną wartość ma w sobie pokój. Módlmy się o pokój, którego tak nie doceniamy w Europie.

Zagraniczne koncerny. Niestety rozkradają ten biedny kraj. Przy braku specjalistów/inżynierów ciężko o rozwój narodowego przemysłu. Liberia to kraj bogaty w zasoby naturalne- głównie kauczuk i ropę naftową. Kauczuk jest tu eksploatowany przez firmę Firestone.

Żaby. O ich obecności można się przekonać około godziny 22, czyli wtedy, gdy właśnie udajesz się na spoczynek. Zaczynają wtedy koncert. Nasza okolica stanowi w dużej części obszary podmokłe, więc jest ich tu sporo. Przyjezdnym polecam stopery do uszu.

Kamil

Liberia -Obóz wakacyjny 2016

Sierpień 25th, 2016 View Profile

W ramach tego projektu wolontariusze pomogą w organizacji obozu wakacyjnego dla najbiedniejszych dzieci w stolicy Liberii. Będą m.in. uczyć ich matematyki i informatyki. W obozie weźmie udział ok. 400 dzieci. Po zakończeniu obozu wolontariusze zaangażują się w pracę w Don Bosco Youth Center prowadząc warsztaty dla lokalnych animatorów i nauczycieli z innowacyjnych metod nauczania. Pomogą także w rozpoczętej już rozbudowie kościoła parafialnego. Robert Weber – 26 lat, fizyk, student Elektrotechniki na Wydziale Elektrycznym Politechniki Wrocławskiej, społecznik, prywatny nauczyciel matematyki i fizyki, wolontariusz SWM „Młodzi Światu” Kamil Janik – 29 lat, informatyk, wolontariusz SWM „Młodzi Światu”